Dzisiaj wyskoczyłem na rowerze do pracy korzystając z dobrej pogody. A jest ona w tym tygodniu całkiem kapryśna. Nie zdążyłem pojechać Mostem Cłowym, został zamknięty z obawy przed zawaleniem !!!
Szychta minęła jak z piczy strzelił.
Po pracy znana trasa przez Wyspę Pucką do Kołbaskowa, stamtąd do domy z małym odbiciem na niemieckie ziemie z okazji nadchodzącego meczu. Cisza, spokój, w Schwennenz 1 flaga...
Legiony Ulicy przejmują Tamtenkraj
Czym prędzej przez Mierzyn do domu i piwna rozgrzewka przed meczem. Jestem idiotą i wierzę w zwycięstwo na teutońskim multikulti....
Nasi piłkarze słuchają przed meczem diskopolo, ja wolę taką motywację....
Dzisiaj rano do pracy jechałem autem godzinę i 15 minut. Absolutny rekord świata. Ciężki dzwon na wylocie Gorkiego z Wojska zablokował ruch na dobre. Potem padało. Ale wieczorem przestało, pojawiły się nawet nieśmiałe promienie słońca. Oglądałem właśnie finisz Tour De Swiss i powtórkę ostatniego etapu Criterium de Dauphines i widząc ten niesamowity kolarski wysiłek kopnąłem swojego lenia w dupsko i po 19:00 wyruszyłem. Szosa, więc muszą być Niemcy. Masakryczna przeprawa Koralową, dlaczego nikt nie oglądał meczu ? Od Redlicy już spokój, nawet droga na Lubieszyn pusta. Kierunek Bismarck i zaczyna się kalkulowanie kilometrażu, jak jechać ? Wybieram ścieżkę na Loecknitz i odbicie na Ploewen.
Fortyfikacje antyislamskie w Ploewen
Stamtąd cisnę na Blankensee, dalej ścieżka na Dobrą. Szukam kilometrów jadąc na Buk i starą drogą do Dobrej. Obłędny zapach lip ciągnie mnie w kierunku Lubieszyna, ale zawracam za tajemnicza posiadłością, której mur jest warty więcej niż mój dom ;-) Kręcę do domu przez Dobrą/Wołczkowo i Głębokie.
To była świetna decyzja o pokonaniu lenia, cieszyłem się przyjemną jazdą wśród zapachów podeszczowego lasu i lip, spotkałem też piękną sarnę, ale nie udało mi się zrobić jej zdjęcia, musicie wyobrazić sobie jej piękno sami. Jak myśliwi mogą do nich strzelać.... Chodzi za mną ta nieoczywiście piękna piosenka...
W niedzielę z kolegą doktorem wybraliśmy się na przejażdżkę do Pasewalku. Pogoda nie była rewelacyjna, ale dobra na dłuższą trasę. Było trochę strachu związanego ze spożyciem smacznego wina poprzedniego wieczoru i liczyłem się ze zgonem po drodze.
Ruszyliśmy z Mierzyna przez Lubieszyn na Loecknitz, stamtąd przez Brussow do Pasewalku, droga dobra, ruch znikomy. W zagajniku na poboczu niezwykły widok - maleńka sarenka ... Zgłupiałem, nie powinno się ingerować w sprawy natury, ale z drugiej strony jezdnia ... Na szczęście w zaroślach po drugiej stronie objawiła się matka, to już na ojca nie czekaliśmy, niech sarnia rodzinka sobie radzi ;-)
Mamo, gdzie jesteś ?
Sam Pasewalk jak wymarły, na zwiedzanie jeszcze wrócę - są mury, bramy, wieże ...
St.Marien Kirche
Wracamy przez Viereck w stronę Glassow, cały czas porządny polny asfalt, szosy jadą bez problemu. Do Blankensee jedziemy tym razem przez Mewegen, również bardzo fajna leśna asfaltowa trasa. Odprowadzam kolegę na Mierzyn przez Bismarck i Lubieszyn/Dołuje. Melduję się w domu, za chwilę grill i mecz :-)
PS - zgonu nie było, czyli veltinecke zelene z Vinoteki na ryneczku Pogodno jest godne polecenia :-)
Dzisiaj szybciutko do i z pracy, rower doskonale pomógł uniknąć korków :-)
Wracając z z roboty zahaczyłem o strefę food trucków, wybrałem nie najlepiej, langosz do tej pory leży mi na żołądku...
Przed "Darem" cumuje "Noa Vittoria", kopia statku Magellana - ona też opłynęła świat... Żeglarze mają jednak cojones wielkie jak arbuzy. Wróciłem sobie mostem pontonowym, dla ciekawego śladu na mapie :-)
Potem walka z wiatrem najkrótszą drogą do domu przez Jasne Błonia i park. Jutro odpoczywam, a w niedzielę kto wie, dokąd nogi poniosą :-) Jak dni morza, to prawdziwie polska szanta...
Pogoda i inne okoliczności sprzyjają, zatem hajda do pracy na rowerze :-) Decyzja ze wszech miar słuszna, korki w jedną i drugą stronę makabryczne ze względu na zamknięcie ulicy Jana z Kolna na czas ludycznych Dni Morza....
Szychta minęła jak z piczy strzelił ....
Poniżej kilka widoczków z powrotu nad rzeką ....
Trasa w stronę miasta stoi :-)
Początek zbiegowiska jachtów i żaglowców :-)
Hiszpańska "Santa Pinda" ;-)
Powrót przez ulice Gocławia i Stołczyna, najpierw rozgrzewka na Świętojańskiej, potem mordęga brukowego podjazdu "Piekła Pólnocy" czyli kombinacji Narciarska/Górska. Zapomniałem już, jak tam jest stromo i bezlitośnie i trochę za twardo rozpocząłem, kończyło się na stojaka... Kolejne kilometry są dla uspokojenia walącego serca i rwanego oddechu.... Jadę lasem w stronę drogi Podbórz-Siedlice, ten fragment Wkrzańskiej to piachy, piachy i jeszcze raz piachy. Przy Dębach Bogusława odbijam w lewo, docieram do mostka Meyera, przejeżdżam go, żeby przekonać się, dokąd wyprowadzi mnie droga w prawo - ląduję ostatecznie w Pilchowie, ale przez takie piaszczyste łachy, że tej drogi nie polecam. Dzięki szerokiej oponie i prędkości zjazdowej jakoś to pokonałem, ale podjazd jest (chyba) niemożliwy. Powrót ścieżką przez Głębokie - jutro chyba też lepiej pojechać rowerem :-) Pewnie nie znacie zespołu "Hatifnats" ?
Kolejny dzień z rowerem, jak miło :-) Po drodze do pracy odurza mnie piękny zapach - to lipy zakwitły :-)
Lipa kwitnie - nie ma lipy :-)
Szychta mija jak z piczy strzelił.
Powrót przez Police, ze "sportowym" akcentem w postaci podjazdu Inwalidzką - nie jest łatwy. Na górze bocianicha wysiaduje młode, znalazłem też kompletnie zdewastowany i zarośnięty poniemiecki cmentarzyk, ale w trosce o to, żeby mi kleszcze klejnotów nie obsiadły, obejrzę resztki pomników jesienią albo bezśnieżną zimą....
Taki widok to nagroda za wspinaczkę....
W Policach decyduję się na powrót przez Leśno - podjeżdżam asfaltem, gdzie tym razem bije mnie starszy szoszon, a potem wracam w dół i podjeżdżam sobie do Podbórza lasem. Wracam przez Gubałówkę, przypadkiem zdobywam stravovego KOMa na odcinku Gubałówka-Głebokie. Brawo ja ? Jutro rege time, należy się odpoczynek - prawda jest taka, ze muszę zabrać małżowinkę na zakupy ;-)
Z okazji zdobycia KOMa, dedykuję sobie pieśń tryumfalną :-)
Kolejny śliczny dzień, szkoda go spędzić w blaszanej puszce ...
Szychta mija jak z piczy strzelił, ale z trzaskami - godzina nadprogramowo, potem silny wiatr ostudził chęci na dalsze podróże....
Szwajcarski krążownik rzeczny....
Powrót mało ambitny - wielbiciele zorientują się z mapki. ++++
Operacja "Zawias" #6 :
Ladenthin, 15/08/15 , wschód słońca
Wstawał słoneczny dzień, oberst Muhammad al-Berlini von
Rundstedt otrząsnął się z płytkiego snu. Spojrzał na wschód,w stronę polskiej
granicy , niepokoiła go cisza. Doświadczony żołnierz, mający wojnę w genach
wiedział, że Unia musi zabezpieczyć skrzydło głównej osi natarcia. Zgrupowanie
von Rundstedta „Teutoński Półksiężyc”
stanowiłoby zbyt duże zagrożenie – dlatego w każdej chwili spodziewał się
działań zaczepnych ze strony Polaków. „Trzeba było przerzucić więcej sił i
zgnieść ich w Szczecinie, gdy była na to szansa” – pomyślał - „Trudno, teraz
najważniejsze jest zablokowanie niewiernym drogi na Berlin, żeby doprowadzić
przynajmniej do patu i negocjacji o rozejmie”. Czołgi zgrupowania zostały
odesłane na Seelow, ale Polacy też nie mieli czołgów na ich kierunku. Z
„Rosomakami” powinny sobie poradzić „Fuchsy” i „Pumy” stacjonujące przy pałacu
w Lebhen.
Szybko dopił kubek aromatycznej kawy. „Zaraz pora modlitwy”
– pomyślał. Nagle na linii drzew
zobaczył dziwny, krótkotrwały błysk. Chwycił za lornetkę i zamarł – do szarży
rozwijała się…. Kawaleria ! Słońce błyszczało w wyciągnietych szablach …
Żołnierskie oko doceniło równą linię szwadronu, który właśnie przechodził w
galop. Krzyknął do radiowca – „Wywołaj czujki, idą prosto na nich”. Dwa MG
powinny szybko zmasakrować tych dziwolągów. „Herr oberst, nikt nie odpowiada”.
Dzisiaj towarzyski wyjazd z kolegą doktorem. Zaproponowałem wizytę w ogródku z tupolewem, czyli Grunz. Kierunek Penkun, oklepaną trasą przez Ladenthin / Lebhen / Krackow. Przed Penkun sesja foto :-)
Makowy gladiator alias makowa panienka ;-)
Nie zatrzymujemy się w Penkun, popas robimy w Grunz, kolega kręcił głową z niedowierzaniem, tak jak ja przy moim pierwszym pobycie koło samolotu...
Obowiązkowa jaskółka ;-)
Obok odnajdujemy knajpę, właśnie otwierają i raczymy się chłodnym izotonikiem :-) Czas mija banalnym tik tak, , ale w końcu ruszamy w drogę powrotną. Żeby nie jechać, jak kon po śladzie, proponuję jechać przez Schmolln i Brussow do Loecknitz. Tak też robimy. Aż do Loecknitz czujemy się jak czterej pancerni i pies walący na Berlin, miasteczka i wioski sa jak wymarłe, żywego ducha... Upał tężeje, w Loecknitz pojawia się pragnienie na chłodny napój - w mieście oczywiście ch*j nocuje, ale w przypływie geniuszu proponuję jazdę na plażę nad jeziorem. Bingo - otwarta knajpa, ma być całoroczna i to z polska obsługą :-)
Tu kieruj konia, spragniony podróżniku :-)
Ten pit-stop jeszcze dłuższy, rozmawiamy i cieszymy się doskonałą pogodą... Niespiesznie kręcimy do domu ścieżką na Bismarck, odbitka przez płytówkę od Gellin i powrót przez Lubieszyn. Rozstajemy się w Dołujach, ja jadę przez Bezrzecze i Głębokie, co daje mi 102 km (znowu pancerni). Bardzo fajny dzień, oby więcej takich...
Już wcześniej umówiłem się z sąsiadem , że pokażę mu uroki północnych ulic naszego miasta. Był limitowany czasem, więc pełna Korona Północy odpadała. No i upał też nie motywował do masakrowania się na stromiznach. Umówiliśmy się na obwodnicy Arkonki - ruch był spory, bo dzisiaj otwarcie kąpieliska. Potem lasem wzdłuż Miodowej, i przez Podbórz do Hożej, nad Odrę Robotniczą. Zaplanowane podjazdy odbyto na Świętojańskiej, Strzałowskiej i Zielnej - sąsiad przekonał się, że to nie popierdółki, ale, że to świetny biegacz i triathlonista, to spokojnie dał radę, narzekał tylko, że średnia spada :-)
Potem Nehringa/Policka i Zagórskiego - skręcamy w las, kontrola czasu i wracamy na Podbórz. Uwaga - na bruku leży złamane drzewo ! Fotka ruszona fatalnie, przepraszam, tylko dla kronikarskiego obowiązku....
Lecimy w dół Gubałówką i wracamy znowu przez Arkonkę....
Fajna przejażdżka, mogło być więcej kilometrów, ale były za to ciekawe rozmowy. 4/06 - rocznica wygranego plebiscytu, ale również wydarzeń z 1992 , do czego nawiązuje piosenka...
Dzisiaj tylko dom-praca-dom, wieczorem zaplanowano koncert w filharmonii. Nie pierwszy w tym sezonie, ale pierwszy, przed którym do pracy pojechałem na rowerze, bo jest tak ładnie :-)
Szczecin pachnie czekoladą ....
.... ale nie tylko czekoladą. Na Bytomskiej aromaty rafineryjne dochodzące z Hryniewieckiego, w porcie stęchły zapach ścinków drewnianych. Niedługo dojdzie do tego ambrozja ze spalarni śmieci.
Mapką nie zawracamy sobie głowy. Muzykę też sobie dziś darujemy. W ramach rekompensaty c.d. opowieści dziwnej treści :
+++
Operacja "Zawias #5"
Pułkownik Kościuszko poczuł podniecenie zbliżającą się
bitwą. Naraz jego koncentrację zmąciły
odgłosy nietypowe dla pola bitewnego XXI wieku, czyli chrapanie koni i, brzęk
podków i ułańskiego oporządzenia. „Panie pułkowniku, rotmistrz Kalita melduje
szwadron 12 pułku ułanów podolskich gotowy do akcji”. W pierwszym odruchu Kościuszko
chciał odesłać ich w diabły, ale spojrzał na zacięte twarze rekonstruktorów ,
którzy dowiedli już swojej wartości w bojach obronnych i po chwili
zastanowienia uśmiechnął się wilczo i powiedział – „Rotmistrzu, będziecie mieli
zaszczyt poprowadzić uderzenie, za godzinę, o wschodzie słońca zaczynamy –
niech Bóg prowadzi !”. „Tak jest panie pułkowniku, dziękujemy, nie zawiedziemy
” - wyszeptał rotmistrz. „Szarżujcie od
linii drzew , czujki nieprzyjaciela zdjęte, wyjdziecie prosto na kościół, gdzie
stoi piechota, my poprawiamy od Warnika, ale kwadrans możecie być zdani na
własne siły – w razie zbyt dużego oporu, natychmiast odskoczyć przez pola w
stronę Pomellen, nie chcę tam masakry, musimy zostawić coś dla „Rosomaków” .
Po latach przypomniałem sobie, jaka to frajda pojeździć na rowerze :-)
Nie ścigam się w wyścigach, nie jeżdżę w stadzie (więcej niż 3 osoby to stado), odmóżdżam się walcząc sam ze sobą.
Jestem leszczykiem, po prostu rowerowym leszczykiem :-)