W niedziele tylko rozjazd szosą - trochę nogi bolały po sobotniej eskapadzie w zróżnicowanym terenie. W Stolcu zatrzymałem się jako turysta uwiecznić pomniki przy kościele.
Remontowana wieża kościoła w Stolcu
Pomnik Jurgena Bernarda Wilhelma von Ramin - zginął w wypadku w wieku 28 lat, zrzucony przez galopującego konia.
Dokończenie obiecanej Darkowi inwentaryzacji ciekawostek w Gartz po uprzedniej awarii telefonu. Dla urozmaicenia najpierw do Gryfina przez Radziszewo i Daleszewo. Bedzie warto wrócić po zdjęcia tzw.sklepów, czyli ziemnych piwnic. Przerwa na banana na bulwarze - już robi się ciepło. Potem przez Mescherin, płytową drogą przez pola do Geesow. Poświęciłem chwilkę na oględziny miejscowości, znalazłem kościół i pomnik pamięci poległych w I w.ś.
Kościół w Geesow
Denkmal przy kościele w Geesow.
Korzystając z przyjemnej pogody wybrałem się na poszukiwanie pensjonatu "Salvey Muhle", gdzie jeszcze nie byłem. Oczywiście pobładziłem, ale jazda po dolinie polodowcowej to była sama przyjemność, niezależnie od nawierzchni po której jechałem. Na podpuchę macie tą najlepszą ;-)
Polna droga między Geesow a Gartz
W końcu trafiłem - młyn nr 3, a prawdopodobnie na tym niewielkim odcinku rzeczki działało ich kiedyś 4.
Wyjechałem na polną drogę Tantow - Gartz i po 4-5 km byłem w miasteczku docelowym. Na poczatek niespodzianka - pozostałości po cmentarzu żydowskim. Ktos tam kiedyś dotarł?
Kolejne miejsce łowów to okolice gimnazjum.
Pomik pamięci żołnierzy sowieckich poległych przy zdobywaniu Gartz
Pomnik pamięci uczniów gimnazjium, poległych w I w.ś.
Pomnik ku pamięci nieznanego mężczyzny w czapce ;-)
Jadę w stronę centrum miasteczka - zakładam, ze bryłę kościoła, basztę prochową, mury obronne, kaplice szpitalna i bramę każdy ma cyknięte. Ale w bramie znalazłem małą ciekawostkę.
Z kolei nieopodał bramy kolejny pomnik - tym razem pamięci żołnierzy, którzy zmarli w obozach jenieckich w latach 1914-1920.
Ostatni pomnik upolowany na cmentarzu - tym razem ku czci poległych w wojnie z Francja w 1870r.
Pozostaje tylko posilić się na przepięknym punkcie widokowym na skarpie ponad ścieżką rowerową Oder-Neisse i wracać do domu.
Niestety, nie udało mi się odnaleźć pomnika w polach, którego zdjęcia znalazłem u Darka... Gapa ze mnie....
Od rana w domu panika - bez telefonu nie mogę pojechać, bo na pewno za chwilę coś mi się stanie i nie będę mógł wezwać pomocy. No to spakowałem do samochodu górala i składaka małżonki i udaliśmy się wspólnie do Gartz. Pokręciliśmy się wspólnie po miasteczku, dostałem 30 min wolnego, które wykorzystałem na szybką jazdę do Friedrichstahl i z powrotem. Zakończyliśmy miłym akcentem w postaci lodowych pucharków w knajpie na rogu. Nie zawsze można trzymać się wyznaczonego planu, ważne, żeby w danych warunkach wycisnąć z dnia tyle, ile się da :-)
Dzisiaj wybrałem się do Gartz.Nie tylko zachęcony przez kolegów, którzy tam niedawno byli, ale również poproszony przez małżonkę aby sprawdzić, czy w domu na rogu, przy wyjeździe na Schwedt, już kwitną tulipany. Było fajnie, ale umarł telefon.W związku z tym inwentaryzację ciekawostek, z których przynajmniej jednej jeszcze nikt nie prezentował, musimy zostawić na później.
Udało się odzyskać zdjęcia. Po resztę i tak musze wrócić, więc pełna relacja przy kolejnej okazji. Na razie Radekow i niespodzianka z Gartz.
Opuszczony kościół w Radekow
W Radekow płyta poświęcona 12 poległym żołnierzom niemieckim z 1945r u podnóża zapewne pomnika poległych z I WŚ
Piękna pogoda, ale małżonka nie zna litosci i wynajduje masę zadań. To chociaż wieczorem na bieznię, pochodzic przy kolejnych przygodach agentów sekcji "Fringe".
Myslałem o niedzielnym Nowym Warpnie, ale grzebałem się za długo i czasu starczyło tylko na radosny spacer z kilkoma mocniejszymi akcentami. Wreszcie jakaś fajna pogoda, od razu na ścieżkach się zaroiło od kolarzy.
Oj, jak nie umiem jeździć w trenie. Oj, jak nie mam na to siły. Ale lubię, no i co zrobić. Mieć Las Arkoński pod nosem i nie korzystać ? Wszędzie koło Arkonki rozkopane. W lesie nic sensownego nie podjechałem, nawet z jednego stromego zjazdu się wycofałem. Ale nie bój nic Lucek, ja tam jeszcze wrócę, jak sie trochę ogarnę. Buki za Dębami Krzywoustego wychlastane, las nie do poznania. Ale pewnie taki los - kolejne pokolenie doczeka jak młodsze drzewa znowu zmienia oblicze ziemi.
W zeszłym roku opuściłem wydarzenie, z uwagi na sprawy zdrowotne, ale w tym roku zdecydowałem się pojechać w tej sympatycznej imprezie. Nasz firmowy peletonik liczył 14 osób. Wiosna nie sprzyjała treningom, więc tempo było naprawdę towarzyskie. Przywieźliśmy do Flandrii ładną pogodę, wiatr też nie męczył bardzo na płaskich jak naleśnik polach. Obyło się bez większych przygód - jedna tylko guma u kolegi oraz mini kraksa, w której uczestniczyłem przez gapiostwo, ale bez upadków i konsekwencji. Na mecie całe chmary zadowolonych i uśmiechnietych kolarzy, makaron i zimne piwko. To jedyna impreza integracyjna, na którą jeżdżę z prawdziwą przyjemnością.
Może lekko podnieść siodełko? Przy kanale Alberta Parę osób wpadło .... Można było dostac oczopląsu ... Nagroda...
Nawet jeszcze do kupy tysiaka w 2018 nie uskładałem ... Bida, panie. Sam przejazd to 88km, ale zarejestrowałem (kosztem średniej !!!) dojazdy z i do hotelu. W końcu same się nie przejechały...
Po beznadziejnej niedzieli w Lany Poniedziałek ostatnia okazja do treningu przed flandryjskim przejazdem. Kolega zawiózł nas samochodem do Buku, stamtąd wzorowymi niemieckimi trasami udaliśmy się do Eggesin, bo chciałem, żeby wiatr na powrocie nam pomagał.Ruszyliśmy krótko po 10:00 i było jeszcze baaardzo rześko, nawet bałem się, czy nie ubrałem się zbyt lekko. Na szczęscie kręciliśmy dosyć żwawo a słońce niwelowało efekt zimnego wiatru. Po dojeździe do Eggesin krótki popas na ryneczku w miłych promieniach słońca.
Kościół w Eggesin
Powrót z wiatrem, który przynajmniej nie przeszkadzał - poćwiczyliśmy jazdę na zmianach, zmusiłem sie do przejechania całej trasy na blacie. Gdybym jechał sam, pewnie by mi się nie chciało. Nie wracałem na rowerze z Buku do domu, żeby dokręcić jeszcze 12-13km, bo był czas na obiad u teściów, nie wolno było się spóźnić :-)
Po latach przypomniałem sobie, jaka to frajda pojeździć na rowerze :-)
Nie ścigam się w wyścigach, nie jeżdżę w stadzie (więcej niż 3 osoby to stado), odmóżdżam się walcząc sam ze sobą.
Jestem leszczykiem, po prostu rowerowym leszczykiem :-)