Po raz pierwszy od 11/04 na siodle... Pojechałem sobie pętelkę przez Lubieszyn , Ploewen i Blankensee. W tamtą stronę wiatr pomagał, w drugą wręcz przeciwnie, ale taki to już nasz kolarski los. W Wołczkowie mijałem się z Michałem, na krzyżówce w Buku ze znajomymi koksami. Dobrze, że czasu mało dostałem, bo dzisiaj jeszcze urodziny teściowej, siły będą potrzebne ;-)
A można było po prostu poleżeć na słońcu, jak ten kolega z Blankensee... Zwierzęta nie wysilają się po próżnicy :-)
Dziś po pracy w tajemnicy przed lekarzem 3 x Miodowa ;-) Potem na Podbórz, zjazd szlakiem nordic (fajny wąwozik) do podnóża Gubałówki, stamtąd dojazd do Głębokiego przez drogę 11 i 12. Dookoła jeziora i obok hali AA do domu.
Po pracy wyskoczyłem do Lasku Arkońskiego, Gubałówkę i na Głębokie. Nogi jak z waty, płuca bez tlenu. Normalka w tym sezonie :-) Poczciwy Przecinak jedzie dobrze, zestarzejemy się razem :-)
W niedziele pojawiłem się o 09:30 na Głebokim, gdzie zbiera się grupa Cubica ze znajomymi. Taktyka jak zwykle, przywitać się i uciekać. Tym razem peleton skasował ucieczkę na hopkach przed Lubieszynem, niestety, wspólny trening trwał około minuty, nie udało mi się dospawać i utrzymać. Potem miałem spotkanie z kolegą na stacji BP, ponieważ byłem przed czasem, to ruszyłem na Dołuje, żeby go może przejąć po drodze. W Dołujach musiałem niestety "przyjąć" dziurę z uwagi na mijający mnie samochód. Zakończyło się to pęknięciem szprychy w tylnym kole. Podjechałem na stacje zameldować koledze, że dzisiaj nici ze wspólnej wycieczki, razem podjechaliśmy do Dobrej, skąd wróciłem do domu przez Głębokie.
Koledzy dzisiaj uczestniczyli w naszym firmowym przejeździe trasa flandryjskiego klasyku Scheldeprijs. Mi z powodów zdrowotnych pozostało połączyć się z nimi w bólu i nad małym jasnym w Bartoszewie. Takie życie.
Dzisiaj wolny dzień - ale jak to bywa znakomicie zagospodarowany przez małżonkę. Ale po obiedzie jest czas na dwugodzinną rundkę. Odświeżam sobie zatem pętlę industrialną, częściowo na tyłach ZCH Police. Od Tanowa jakoś mglisto. Robię sobie przerwę na banana w Tatyni - wcześniej cieszę się z widoku boćka, który szykuje gniazdo. Z wiekiem człowiek robi się sentymentalny, doceniam tą powtarzalność natury i wytrwałość tych sympatycznych ptaków w powrotach do domów. Zaraz za Tatynią sprinterski pojedynek z dużym kundlem - gdybu został na drodze, to miałby większe szanse, ale tradycyjnie zszedł na pole w celu zmyłki i nabrania rozpędu, ale kontrolowałem go i kolarzówka uniosła mnie bezpiecznie poza zasięg jego kłów. Rewelacyjne widoki kwitnących drzewek (śliwki ?), zapachy wiosny i śpiew ptaków - nie żałuję, że jeżdżę bez muzyki.
Ujście Gunicy w Jasienicy.
Lubię ten chorzowski zespół, którego nikt nie zna.
Jakoś ciężko mi się dzisiaj kręciło. Dobrze, że nie udałem się na spotkanie z końmi ... Formy nie ma, to wszystko przeszkadza. Oprócz pogody - bo nie padało. Oprócz wiosny - bo coraz odważniej się melduje, choć po wczorajszym letnim dniu, dzisiaj raczej październik zawitał.
W Wąwelnicy bociek pracowicie sprzątał gniazdo.
Od Lubieszyna do Loecknitz wiatr prosto w paszczę. Krótki postój u znajomego Żelaznego i Kota.
Z każdym kilometrem robiło się coraz lepiej i przyjemniej, przypomniałem sobie, jak bardzo lubię tą trasę, przez Boock i Blankensee.
... udało mi się zaliczyć pętlę dobrzańsko-sławoszewską. Pierwszy raz w tym roku na krótko, znakomita pogoda i ciepełko. Nie tak szybko jak wczoraj, ale jestem zadowolony, jak na to ,co pozwala zdrowie mi jeździć. Noga nie puchnie, odpukać. Lubię wyjazd z Dobrej starą drogą w stronę drogi Lubieszyn-Buk. Zawsze też z przyjemnością przejadę się "garbatą" ścieżką rowerową. Muzycznie dzisiaj lachon mojej młodości oraz świetne syntezatory Marka Bilińskiego :-)
Po latach przypomniałem sobie, jaka to frajda pojeździć na rowerze :-)
Nie ścigam się w wyścigach, nie jeżdżę w stadzie (więcej niż 3 osoby to stado), odmóżdżam się walcząc sam ze sobą.
Jestem leszczykiem, po prostu rowerowym leszczykiem :-)