W Palmową Niedzielę test prawdziwego bruku i to na rowerze szosowym. Plan zakładał trasę 100km, ale miałem za mało czasu jak na obecną formę. Zrezygnowałem zatem z wizyty w Nowym Warpnie, odbijając w prawo, na Trzebież. Tam pierwsza przerwa z obserwacją konsumpcji wielkanocnego pasztetu z zajaca. Potrąconego przez samochód - konsumentem był zadowolony kruk.
Bruk w Brzóskach - już był wystarczająco tragiczny, ale jest jeszcze gorzej, bo coś zakopuja na poboczu i brukarze odwalają lipe na maksa. jazda tam to czysty masochizm, chociaż podwójna owijka na kierze dawała trochę ulgi. Flandryjskie bruki to przy tym luksus.
Hardkorowy bruk - 1,6km
Powrót przez Trzebież (bez odwiedzin na plaży, bo czasu brakło) i Jasienicę do Trzeszczyna, skąd już ścieżką do Głebokiego i do domu. w bonusie w końcu naprawdę fajna pogoda :-)
Wielkiej formy przed naszym firmowym przejazdem już się nie wykuje, ale chociaż warto psychicznie być gotowym na te prawie 90 km. No i przygotować pupę na flandryjskie odcinki brukowe. W sobotę jazda góralem - w całkiem niespodziewanie rześkiej aurze. Tytułowy lekki bruk to stara droga do Dobrej z ronda w Lubieszynie. Buduje się ścieżka rowerowa - na razie od strony schroniska w stronę Dobrej.
Brukowy lajcik, 1,22km
Potem przejazd przez Blankensee w stronę krajówki i nawrót do granicy. Dołożono kilometry odcinkiem od rondka w Myśliborzu do Podbrzezia. Potem już prosto via Tanowo do domu. A wieczorem uczta muzyczna w berlińskiej filharmonii...
Na początku kwietnia nasza firmowa impreza kolarska na dystansie 88km. Niby nie tak wiele, ale forma w głębokim dole - na domiar złego kolejne weekendy będą zajęte i na treningi czasu prawie nie ma. Zatem niedzielna wiosenna pogoda pobudział rowerową fantazję - jadę 88km na góralu :-) Wybrałem nieoczywistą trasę z powrotem przez Puszczę Bukową, bo wiatr miał pomagać na powrocie, co przy słabej formie ma znaczenie. Wszystko się udało jak chciałem, poza pomyłką za Kołowem - zamiast zjechać asfaltem do Podjuch, trafiłem na bruk do Kijewa, zakończony błotnistą gruntówką do wiadunktu nad autostradą. Z psychicznego punktu widzenia jestem zadowolony - jak przejechałem ten dystans na góralu, to i na szosie w peletonie dam radę ;-)
Po latach przypomniałem sobie, jaka to frajda pojeździć na rowerze :-)
Nie ścigam się w wyścigach, nie jeżdżę w stadzie (więcej niż 3 osoby to stado), odmóżdżam się walcząc sam ze sobą.
Jestem leszczykiem, po prostu rowerowym leszczykiem :-)