W Palmową Niedzielę test prawdziwego bruku i to na rowerze szosowym. Plan zakładał trasę 100km, ale miałem za mało czasu jak na obecną formę. Zrezygnowałem zatem z wizyty w Nowym Warpnie, odbijając w prawo, na Trzebież. Tam pierwsza przerwa z obserwacją konsumpcji wielkanocnego pasztetu z zajaca. Potrąconego przez samochód - konsumentem był zadowolony kruk.
Bruk w Brzóskach - już był wystarczająco tragiczny, ale jest jeszcze gorzej, bo coś zakopuja na poboczu i brukarze odwalają lipe na maksa. jazda tam to czysty masochizm, chociaż podwójna owijka na kierze dawała trochę ulgi. Flandryjskie bruki to przy tym luksus.
Hardkorowy bruk - 1,6km
Powrót przez Trzebież (bez odwiedzin na plaży, bo czasu brakło) i Jasienicę do Trzeszczyna, skąd już ścieżką do Głebokiego i do domu. w bonusie w końcu naprawdę fajna pogoda :-)
Komentarze (7)
Hehehe Mirek, z tego co piszesz to niczego nie ma, jest tylko wola i chęć :-) Chodzing pomaga mi natomiast skutecznie chudnąć, a to jest mój cel na ten rok.
Po latach przypomniałem sobie, jaka to frajda pojeździć na rowerze :-)
Nie ścigam się w wyścigach, nie jeżdżę w stadzie (więcej niż 3 osoby to stado), odmóżdżam się walcząc sam ze sobą.
Jestem leszczykiem, po prostu rowerowym leszczykiem :-)