Dzisiaj Arek zaproponował spotkanie z Piknikową Grupą Rowerową (PGR) , która ruszała z Warzymic. Umówiliśmy się mniej więcej o 18:50 w Blankensee. Byłem nieco przed czasem więc wyjechałem im na spotkanie w stronę Boock. Miało byc lekko na pogaduchy, ale jak zobaczyłem jak szybko walą, to już miałem złe przeczucia. No i nie pomyliłem się, z pogaduszek niewiele wyszło, bo prędkość była jak na mnie za duża. Dobrze, ze choć nowo poznani koledzy Wojtek i Maciek zostali ze mną trochę z tyłu na drodze do Bismarck, to nie sapałem sam za peletonem. Arek namawiał mnie na kontynuację z nimi do Warzymic, ale uciekłem w Gellin po płytach w stronę Lubieszyna. I dobrze zrobiłem, bo byłem już mocno zwarzony. dawno mi się nie zdarzyło na 50km opróżnić bidon 0,75 l jeszcze przed Dobrą i wracać w przykrym wmordęwindzie o suchym pysku. Nie winię koni, że lubia szybko gnać, po prostu ja jestem za słaby. No i chyba to nie był mój dzień. Dobrze, że w domu czekała duża butla z chłodnym izochmielem ...
Weekend pogodowo nie sprzyjał - więc dopiero we wtorek udało się wyjechać na przejażdżkę. Nic szczególnie spektakularnego, z "nowych" terenów ulica Dereszowa za Wołczkowem w stronę Dobrej - duży kawałek po dobrych płytach, potem szutr, z którym się nie mierzyłem. Do poprawki na góralu - ciekawe, czy mozna nią gdzieś dojechać. Swoją drogą - gdzież to ludzie się nie budują :-)
Potem Dobra, Blankensee i petla przez Mewegen. Powrót przez Bartoszewo - wyszło całkiem żwawo jak na mnie.
No i ten obłędny zapach lipowych kwiatów wieczorową porą - nigdy tego nie mam dosyć.
Dzisiaj umówiona ustawka z koksiarzami Arkiem i Bartkiem. Umówiliśmy się albo na Lubieszynie, albo w Dobrej, czyli spotkaliśmy się w Loecknitz :-)
Miejska wieża w Loecknitz
Konie i leszczyk :-)
Tam koniki wzięły mnie na koło i doholowały do Będargowa, skąd ujechany wróciłem przez Mierzyn (stąd 3 km w terenie jako objazd szutr i płyty jumbo) do domu. To już wieczorna pora, a lipy pachniały wręcz obłednie. Bardzo udana przejażdżka, choć nie jestem przyzwyczajony do kręcenia ciągle na blacie...
Bardzo ciężko pracowałem na obozie kondycyjnym z kolegami i koleżankami z maturalnych czasów, rodziną i znajomymi. Wrzucałem wszystko to, co tłuste i niezdrowe i regularnie podnosiłem szklane ciężary. Udało się ! Masy w 2 tygodnie przybyło 2,5 kg ! Uradowany, ruszyłem na rower zobaczyć, jakie przewagi będę miał nad wycieniowanymi leszczami. No i proszę, na zjeździe z Miodowej pobity rekord prędkości. Można ? Trzeba tylko chcieć :-)
Jak już pożartowaliśmy, to oczywiście, formy nie ma, bo i skąd miałaby być. Popracuję nad nią, o ile towarzyskie obowiązki pozwolą. I zmiażdżę wszystkich w grudniu.
Średnią dzisiejszego wyjazdu zawdzięczam sympatycznemu panu, którego najpierw dogoniłem - nie bez wysiłku - za Tanowem, a potem przyczepił mi się do koła i jechaliśmy razem aż do osiedla Zawadzkiego.
Dostałem cynk i zaproszenie do wspólnej wycieczki z Sylwią, znamienitą ścigantką z Goleniowa. Niestety, obowiązki domowe skazały mnie tylko na krótki epizod. Wyruszyłem w stronę Warnika przez Lubieszyn i Niemcy, udało się idealnie. Fajna dziewczyna, śmiga ąż miło. Dobrze, że nie miałem okazji się skompromitować odpadnięciem na dłuższym dystansie ;-).
Janusz - w Schennentz gniazdo jest zasiedlone, chyba para czeka na małe.
Dzisiaj wieczorem jazda dla złapania lepszego samopoczucia. Założenie - 2 godziny. Na początek wiatr w twarz, w Zalesiu przerwa na batonika. Krótka, bo komarzyce nie dały żyć.... Z powrotem dodatkowe kilometry przez Dobrą. Lubię rower.
Po latach przypomniałem sobie, jaka to frajda pojeździć na rowerze :-)
Nie ścigam się w wyścigach, nie jeżdżę w stadzie (więcej niż 3 osoby to stado), odmóżdżam się walcząc sam ze sobą.
Jestem leszczykiem, po prostu rowerowym leszczykiem :-)