Ruszyłem dzisiaj do Lasku Arkońskiego zażyć trochę jazdy w terenie. A idź pan w ch*j .... Noga słaba jak z waty, techniki zero, butowanie, podpórki, strach na zjazdach i dupa na podjazdach.... Znowu koń mnie zrzucił na początku schodów pod Quistorpa...
Nawet to było wyzwaniem....
Dla wysuszenia łez pojechałem sobie na Police lasem od Dębów Bogusława, fajna droga, polecam - trochę piachu, jakby co.... Robiło się ciemno, więc nie podjeżdżałem lasem od Siedlic na Podbórz, ale asfaltem na Leśno i dalej na Głębokie.
Ula w końcu namówiła mnie na tegoroczne 3 setki. Zrobiłem je u kolegi na poprawinach, Żubrówką Czystą. A może więcej ? Po 3 setkach wyłączyłem licznik i jechałem już dla czystej przyjemności :-) Dzięki Ula za mobilizację :-)
W niedzielę wieczorem już byłem ubrany do jazdy i zbierałem się do wyjścia, ale zauważyłem, że małżonka perfidnie zapomniała kluczy do domu. Ech, te niewieście sposoby na zatrzymanie męża w domu .... Czasu starczyło na sprint na stację benzynową po 2 piwka...
Ale dzisiaj już był ten wieczór, 19:30 dosiadłem wiernego Przecinaka i pojechałem lasem do Siedlic i z powrotem, żeby odetchnąć świeżym leśnym powietrzem. Taaaa, z Sierakowa waliło jak z latryny ....
Lampka znakomicie sobie radziła, dopóki się nie wyczerpała, ale to już na szczęście na Głębokim :-) Wczoraj wielkie dla mnie wydarzenie - państwowy pogrzeb pułkownika "Zagończyka" i porucznik "Inki", część długu honorowego spłacona.
Odpuszczam nierówną walkę z planem - pora na przyjemności. Jedną z nich jest leniwa jazda na rowerze :-) A zwłaszcza zjazd płytami Ladenthin - Lebhen. Można tam wracać codziennie. Pokręciłem się po pogranicznych drogach, wróciłem przez Blankensee i Dobrą , chłodzony czołowym wiatrem przez większą część drogi.
Nie jeździłem kilka dni - wyjazd, praca, sprawy rodzinne... Tak się sypie doskonały letni plan.... W nocy złapał mnie skurcz lewej łydki, bolała cały dzień, ale udało się wieczorem ją rozjeździć.
Od soboty żyłem, podobnie jak inni kibice, wyczynami naszych znajomych ultrasów walczących na morderczej trasie Świnoujście - Ustrzyki Dolne, czyli 1008 km w limicie 72 godzin....
Kciuki trzymano za Agnieszkę, Olę, Michała, ale zwłaszcza za Grześka , który postanowił pojechać tam i z powrotem, niewyobrażalne 2008 km. Zbierając się do tego wpisu dowiedziałem się, że w Pile, po przejechaniu 1800 km pokonał go ból złamanego żebra, nieszczęśliwy przypadek w Ustrzykach rozwiał marzenia tego dzielnego chłopaka. Ależ ma pechowy rok, aż mi się , kurwa, płakać chce. Taki wysiłek, tyle wyrzeczeń. Życie nie jest, kurwa, sprawiedliwe. Przepraszam za grube słowa, czasem nie da się tego uniknąć. Nasze kręcenie przy ich wyczynach to pierdzenie pod wiatr ....
Dzisiaj po południu udało się wyskoczyć na przejażdżkę moją szosową kozą. Nie mogę oderwać się od ulubionej ostatnio pętli Dobra-Stolec-Dobieszczyn-Tanowo. Dystans i okoliczności przyrody po prostu idealne, szczęście w pigułce. Kolarzy dzisiaj całe peletony.
Jeleń ze stoleckiego pałacu
Prosta na asfalcie kusi do szybszego kręcenia, do tego dobra muzyka i heja....
Na zachodnim nieboskłonie wisiały czarne chmury - nakarmiony przez małżonkę zbyt dużą porcją naleśników ze słodkim serkiem wybrałem wspinaczkę na Miodowej.
Odwiedziłem kapliczkę naszej Hetmanki, Matki Niezwyciężonej. Lubię tą sierpniową rocznicę - zachodzę w głowę, jak nasi pradziadkowie pokonali kacapów, nie mając kredek, profilowych w barwach tęczy i Gazety, która mówiłaby im, że powinno im być wszystko jedno .... No i nie mieli też ani jednego plutonu LGQBT - to chyba był początek polskiego faszyzmu ....
Po wczorajszym staniu w korkach - ludowy festyn w Szczecinie - dzisiaj bez względu na pogodę postanowiłem jechać do pracy rowerem. Dobraż to była decyzja, pogoda sprzyjała mimo porannej rześkości.
Mimo drobnych trzasków szychta minęła jak z piczy strzelił.
Powrót przez Trasę Zamkową, rzucić okiem na przygotowania baterii fajerwerkowej Pyromagic.
Wyspa dzisiaj wyleci w powietrze ....
Nie pozwolono mi zjechać trasą do Jana z Kolna, musiałem gramolić się przez barierkę i slalomować z autami w stronę Bramy Królewskiej. Jak już tam byłem , to pojechałem sobie miejskimi ścieżkami w stronę Potulickiej i dalej przez Gumieńce w stronę domu.
Denkmal z Krakowskiej
Wiatr przeszkadzał, ale jechało się przyjemnie.
Muzycznie coś związanego z ogniem, co ostatnio wpadło mi w ucho, brzmi motywująco....
Pogoda nie rozpieszcza, ale lubię pojechać do pracy rowerem, jeżeli obowiązki dają taką szansę. Rano chłodno, ale na razie rękawki i spodnie 3/4 są OK.
Szychta minęła jak z piczy strzelił.
Na powrocie czarne chmury nad miasteczkiem, w parku dopada mnie deszcz. Ale gladiator jest na to przygotowany :-)
Deszczowy gladiator :-)
Pokręciłem się się potem trochę po Lasku Arkońskim i objechałem Głębokie, zyskałem trochę błotnych piegów oraz doskonaliłem technikę jazdy na mokrych szutrach i korzeniach. Ciekawostka - na leśne ścieżki nawieziono dużo piachu ... Whisky Tango Foxtrot ?
Muzyczna dedykacja dla naszych ciężarowców, którzy szykują się do ciężkiej i zimnej zimy ...
Dzisiaj do pracy - rano już rześko, w ruch poszły rękawki.
Szychta minęła jak z piczy strzelił.
Po pracy wiatr nie nastrajał bojowo, ale te brutto 30 km wypada zaliczyć, więc powolny powrót przez miasto i park w stronę Gubałówki, potem jeszcze akcent objazdowy Głębokiego. Słabo mi się jechało, usapałem się pod górkę, za to z Guby już przyjemnie sie mknęło :-)
Zaprawdę powiadam wam, nie ma w mieście/parku/lesie takiej alejki, której szerokości nie byłyby w stanie zablokować panie/mamy/babcie z dziećmi/wózkami/psami/kijkami ....
Because every girl crazy about a sharp dressed man ;-)
Po latach przypomniałem sobie, jaka to frajda pojeździć na rowerze :-)
Nie ścigam się w wyścigach, nie jeżdżę w stadzie (więcej niż 3 osoby to stado), odmóżdżam się walcząc sam ze sobą.
Jestem leszczykiem, po prostu rowerowym leszczykiem :-)