W sobotę za mocno dla mnie wiało, żeby ryzykować załatwienie zatok nosowych. Za to w niedzielę mimo lekkiego mrozu, w słońcu jechało się całkiem przyjemnie. Żeby nie katować cały pętli sławoszewskiej myślałem o przebiciu się lasami na Police, ale ostateczni wybrałem sie na poszukiwanie opisywanych przez Michała Zaleskich Łęgów - czyli drogi (bo nie ulicy) Księżnej Anny. Przez Park Kasprowicza i miasto - dalej rowerową ścieżką do Mostu Cłowego. Tam nawrotka pod estakadę i chwila błądzenia po drogach gruntowych. Działkowicz wskazał mi właściwy szlak - muszę ominąć bazę cementową po lewej, mając tory zdawczo-odbiorcze PKP po prawej. Droga to trylinka, zdrowo trzęsie. Potem wjazd na część gruntową, która jak mróz puści będzie błotnista jak piorun. Jakoś sobie ubzdurałem, że wyjadę koło Dziewoklicza - ale Michał używa tego objazdu dla ucieczki z Batalionów, a nie Krygiera. No to trzeba było przejechac się Krygiera - w sumie po remoncie nie ma juz dziur na poboczach, tylko ruch duży. Ale jak ruch duży, to przynajmnie nie ma debili wyprzedzających na trzeciego. Można się przyzwyczaić. Potem przez Rajkowo / Ostoję / Stobno i Mierzyn do domu. Nogi dalej jak z waty, spacery na bieżni nie budują mocy ;-)
A po obiedzie tym razem zmobilizowałem się na rower. Męczyłem się, bo nie dopompowałem opon - były przygotowane na śnieg ;-) Wybrałem trase pod kątem dostepności ścieżek rowerowych, bo ruch na kierunku do Dobrej / Polic mnie zniechęcił do drogowych przygód. Od Warzymic już drogą, ale przy praktycznie zerowym ruchu. Krótka przerwa na batonik w Warniku - krzyż przypomina o wielkopostnych wyrzeczeniach...
Rano bieżna, potem rower, na koniec kąpiel w wannie - czyli tytułowy triathlon ;-)
Po latach przypomniałem sobie, jaka to frajda pojeździć na rowerze :-)
Nie ścigam się w wyścigach, nie jeżdżę w stadzie (więcej niż 3 osoby to stado), odmóżdżam się walcząc sam ze sobą.
Jestem leszczykiem, po prostu rowerowym leszczykiem :-)