Dzisiaj wyjazd z myślą - a może zaryzykować setkę ? W prognozie był silny wiatr z południa, więc oczywiście zaczynam jazdę w kierunku południowym - czyli celem jest Penkun. Jadac ze Storkow jest jeden wyjątkowo przykry kawałek bruku między gładkimi asfaltami, zaraz po skręcie w lewo na Penkun...
Na zamkowym dziedzińcu chrupię kabanosy i odpoczywam, cisza, spokój, żywego ducha ....
Forma słaba, wiatr zmęczył mnie bardziej niż myślałem, więc koryguję trasę powrotną - zamiast na Schmoeln/Brussow/Loecknitz kieruję się na Krackow/Bismarck i granicę. Gdzieś od 50 km zaczyna się udręka - muszę jeździć w nogawce kompresyjnej, która w połączeniu ze skarpetą dała efekt rozżarzonych węgli w bucie. Od skrętu na Wąwelnicę kręciłem praktycznie tylko prawą nogą... Zjazdu Koralową uniknąłem uciekając w Diamentową, potem Nowoleśną i Staroleśną. To naprawdę dobra alternatywa. Może się okazać, ze w lecie optymalne będą dystanse 50-60 km.... Oby do jesieni ;-)
Małżonka kategorycznie zażądała prac w przeprowadzenia ogrodzie. Zamiast dłuższej wycieczki, tylko krótko - tak, aby na 10:00 być w domu. No i żeby znowu nie jechać przez Dobrą....
Dzisiaj tylko krótka, improwizowana, wieczorna przejażdżka. Dwa fatalne momenty to zjazd Duńską po tym czymś nazywanym ścieżką rowerową, oraz zjazd Koralową. To istna masakra, bezlitosny ruch ZPL, prawa strona cała w głębokich dziurach - wolę nadłożyć drogi przez Dołuje, niż to powtórzyć... Miłe wspomnienie, to piękny widok z ulicy Zimorodka - ludzie tam mieszkający cieszą się jedną z najpiękniejszych panoram w mieście.
Wyjazd w celu wykorzystania dobrej pogody i wolnego od domowych obowiązków. Tutułowy strach to nie przed sznurami samochodów, ale przed kolarzami, którzy by mnie tam dublowali okrutnie. No to uciekłem na Dobrą. Ruch samochodowy fatalny , przebijałem się przez korek do rondka na Modrej ...
Przyjemnie śmiga sie takie 40km pętelki, ale chciałoby się gdzieś dalej...
Rozjazd po ciężkim 3 dniowym służbowym truciu organizmu wywarami z różnych zbóż. W sumie tylko po to, aby zafakturować przejazd 1000 km w 2017. Pomyśleć, że do tej pory świętowałem tą okoliczność na początku kwietnia ....
Dzisiaj debiut z polowym proporcem Legionów Ulicy, powiewał dumnie przy ławce pensjonaciku Casa Natura koło Mewegen. Nie chciałem robić obciachu Komandorowi, który obdarzył mnie zaszczytem reprezentowania Legionów na północno-zachodniej flance no i kręciłem wyjątkowo żwawo jak na swoje obecne możliwości. Ciekawe, jak długo potrwa ten efekt legionowej euforii ;-)
Jak w tytule - tym razem nie po rekordy, a po fotograficzne sukcesy. Jestem polskim patriotą/nacjonalistą/katozjebem/faszystą * (niepotrzebne skreślić) , więc wiadomo, że jak na rzepak, to tylko ten najśliczniejszy, niemiecki. Postanowiłem zdjąć się na tle jeziora w Lebhen, słoneczko dopisało. Wielu polskich kolarzy robiło sobie fotki przy słomianym pojeździe w Grambow, i ja skorzystałem z uprzejmej pomocy wycieczkowiczów. Potem jeszcze masaż prostaty na bruku starej drogi do Dobrej - chyba stan się pogorszył, bo masaż był dosyć męczący. Kolejna fajna przejażdżka, udało się nie zmoknąć, radość z jazdy jest i o to chodzi.
Weekendowe zaległości - spontaniczna (ze zezwoleniem małżonki rzecz jasna) wycieczka w słoneczne popołudnie, miałem tylko wrócić do 19:00. No to żwawo pokręciłem do Trzebieży - gdzie na zatłoczonej promenadzie nałykałem się tych okropnych małych muszek... Po drodze na leśno dogonił mnie ktoś na góralu, przybiliśmy sobie piątkę. Potem przed Niekłończycą dogoniłem polickiego szosowca, pogadaliśmy potem chwilkę na plaży. Powrót przez leśną drogę do Zalesia, koło jeziora Piaski. Po drodze coś cierpieli do mnie koniarze. W Polsce jak w lesie, zawsze komuś coś przeszkadza. Bardzo miły przejazd, zakończony udanym pojedynkiem na dojeździe do Głębokiego. Nie będzie byle cywil fikał do Fasta, nawet kulawego ;-)
Zaległy wpis - przejażdżka towarzyska z kolegą, z elementami wiosny, które już od poniedziałku zniknęły pod strugami deszczu. Miła chwila odpoczynku przy stoliku gospody w Blankensee, gospodynią jest przemiła Polka. Polecam racuchy z jabłkiem :-) Inne potrawy pachniały tak smakowicie, że do domu kręciłem żwawo.
Po latach przypomniałem sobie, jaka to frajda pojeździć na rowerze :-)
Nie ścigam się w wyścigach, nie jeżdżę w stadzie (więcej niż 3 osoby to stado), odmóżdżam się walcząc sam ze sobą.
Jestem leszczykiem, po prostu rowerowym leszczykiem :-)