W czwartek po pracy zakupy, ale koło 19:00 udaje się wyskoczyć na rower - jazda na Piorunie, bo czasu niewiele. Oklepana trasa przez Lubieszyn na Blankensee i dalej przez Dobrą do domu. Jadę po deszczu, od wody z nieba nie zmokłem, ale pręgę skunksa na koszulce do domu przywiozłem :-) Wieczorna jazda ma swój kolor i smak, z łąk podnoszą się mgły. Pozwoliłem sobie na zaproszenie do wspólnej jazdy panów z Depeche Mode, wydawali się być zadowoleni.
Dzisiaj udało się uruchomić rower do pracy. Przyjemnie się rano jechało, czuć było w zdrowym ciele zdrowy duch, jak na załączonym obrazku mowa :
Szychta minęła jak z piczy strzelił, ale nie pocieszyłem się zanadto jazdą, gdyż wisiała nad nami pompa, a ja bardzo nie lubię jeździć w deszczu. Dzisiaj musiałem dwa razy ostro hamować - raz bałwan z bachoroprzyczepką zajechał mi drogę w parku, a na obwodnicy Arkonki lola na rolkach wykręciła mi rittbergera pod koła. Od Arkonki rozkoszowałem się ciepłym deszczykiem ;-)
Czyli krótko, za krótko, żeby dobić do tysiąca w lipcu bo i pogoda nie będzie sprzyjać. Pocieszmy się doskonałą muzyką....
Miałem ruszyć o 08:00 na trasę Pasewalk/Jatznick/Eggesin , ale pan grzebalski o tej godzinie dopiero konsumował śniadanie - dzięki temu zauważyłem sms od Arka i umówiliśmy się na wspólny wyjazd do Schwedt. To była dobra decyzja, bo przy mojej średniej dyspozycji sam bym nie wykręcił planowanych 130 km tak, aby być w domu o 14:30. Od Schwedt Arek włączył swój kalkulator i dzięki niemu bylem w domu na resztkach sił o 14:29 z zaliczonym stravowym Gran Fondo :-)
Ewangelia wg św.Ahmeda
Denkmal w Schoenfeld - wybłagany popas na 100 km...
Słonecznikowy gladiator ku uciesze starszejpani :-)
Dzisiaj miałem rozjechać drewniane nogi, ale małżonka podstępnie podała do śniadania lampkę prosecco, potem drugą, no to mamy rege day :-)
Dzisiaj kolejny raz w pracy na rowerze. No bo dlaczego nie ?
Szychta minęła (prawie) jak z piczy strzelił.
Dziś zjadłem w południe obiad, a pudełko lunchowe kurczakowo/warzywne zostawiłem na koniec dnia - dobry pomysł, miałem siłę pokręcić , z czego skorzystałem. Pojechałem przez Police i dalej na Jasienicę, pomknąłem przez leśnostrady 27 i 33, wracając przez Tanowo.
Dzwon na Skolwinie, chwila nieuwagi i taki klops...
Super pogoda, radość z jazdy, czego więcej trzeba ? Może jutra - dnia przerwy :-)
Kolejny dzień z pracowym dojazdem - zaczynam się przyzwyczajać jak Niemcy i Francuzi do islamskich zamachowców ;-)
Tym razem szychta zakończona prawie zgodnie z prawem pracy, pogoda co prawda średnia, ale w sumie w sam raz na średni dystans. Trasa rodziła się ad hoc, jechało się z przyjemnością.
Pchamy wózek dalej :-)
Seneka - nie dla szkoły, ale dla życia się uczymy....
Z dedykacją dla parlamentu i rządu, nażryjcie się....
Kolejny wyjazd do pracy - dzisiaj znowu nie udało się wyjść przed 17:30. Wiszące nad głową szare chmury i przykry wiatr nie nastawiały optymistycznie do dłuższej wycieczki. Ale chociaż troszkę po lesie koło Głębokiego się pokręciłem. Dobrze jest po pracy dotlenić mózg.
Po drodze przebijałem się przez dwie grupy polujące na pokemony - istna zgroza....
Z ciekawostek - załoga kawiarni "Kloc Cafe" rozpoczęła remont jednego z najstarszych przystanków tramwajowych w Szczecinie, na skrzyżowaniu Wojska i Wincentego Pola.
Realizacja planu jest wciąż "so far away", ale powalczymy :-)
Dzisiaj w planach było Nowe Warpno, ale Garmin zaraz po przejeździe przez Głębokie zapodał info "Bateria słaba". No to dałem mu szansę wytrzymania do Trzebieży i z powrotem, którą wykorzystał :-)
Plażowy gladiator Muzycznie stare, dobre lata osiemdziesiąte....
Trochę byłem przestraszony, jak przyjmie mnie Miodowa, którą ostatnio zaniedbałem. Ale moja księżniczka przyjęła mnie z otwartymi ramionami, jeździło się doskonale (oczywiście w stosunku do możliwości) i 10 razy było prawdziwą przyjemnością. Brakowało mi tego.
Matko Miodowska, wspinaj się z nami .... With a little help of my friends ....
Dzisiaj zaufałem, że nie będzie padać - wiara została nagrodzona. Liczyłem na dłuższy dystans, ale tym razem praca zatrzymała mnie prawie do 18:00 i nie było czasu na zakręcenie koło 50 km... Cieszymy się z tego, co jest.
Nicea, 14/07/2016 W małym mieszkaniu w bloku w La Trinite na wschodnich przedmieściach Nicei zadzwonił budzik. Mohamed Lahouaiej Bouhlel niechętnie zameldował się na jawie, ostatnio wolał życie we śnie. Udał się do kuchni i zaparzył mocną miętową herbatę. Zdziwiła go cisza na zwykle głośnym od rana osiedlu. Rzucił okiem na kalendarz - czwartek, czwarteczek, czwartunio, zanucił pod nosem. Może w końcu i giaurowie przejrzeli na oczy i tak jak w jego snach przyjęli w końcu prawdę i kalendarz Allaha z wolnymi piątkami i sobotami ? W radio mówili coś o jakimś święcie i żeby wywiesić tricolores. Wyjrzał za okno - faktycznie było widać gdzieniegdzie trójkolorowe flagi. Postanowił, ze nie będzie gorszy i także wywiesi trójkolorowy sztandar. Po chwili dumnie łopotał na balkonie, piękny, trójkolorowy, biało-zielony z czerwonym półksięzycem.
Po latach przypomniałem sobie, jaka to frajda pojeździć na rowerze :-)
Nie ścigam się w wyścigach, nie jeżdżę w stadzie (więcej niż 3 osoby to stado), odmóżdżam się walcząc sam ze sobą.
Jestem leszczykiem, po prostu rowerowym leszczykiem :-)