Po wczorajszym staniu w korkach - ludowy festyn w Szczecinie - dzisiaj bez względu na pogodę postanowiłem jechać do pracy rowerem. Dobraż to była decyzja, pogoda sprzyjała mimo porannej rześkości.
Mimo drobnych trzasków szychta minęła jak z piczy strzelił.
Powrót przez Trasę Zamkową, rzucić okiem na przygotowania baterii fajerwerkowej Pyromagic.
Wyspa dzisiaj wyleci w powietrze ....
Nie pozwolono mi zjechać trasą do Jana z Kolna, musiałem gramolić się przez barierkę i slalomować z autami w stronę Bramy Królewskiej. Jak już tam byłem , to pojechałem sobie miejskimi ścieżkami w stronę Potulickiej i dalej przez Gumieńce w stronę domu.
Denkmal z Krakowskiej
Wiatr przeszkadzał, ale jechało się przyjemnie.
Muzycznie coś związanego z ogniem, co ostatnio wpadło mi w ucho, brzmi motywująco....
Pogoda nie rozpieszcza, ale lubię pojechać do pracy rowerem, jeżeli obowiązki dają taką szansę. Rano chłodno, ale na razie rękawki i spodnie 3/4 są OK.
Szychta minęła jak z piczy strzelił.
Na powrocie czarne chmury nad miasteczkiem, w parku dopada mnie deszcz. Ale gladiator jest na to przygotowany :-)
Deszczowy gladiator :-)
Pokręciłem się się potem trochę po Lasku Arkońskim i objechałem Głębokie, zyskałem trochę błotnych piegów oraz doskonaliłem technikę jazdy na mokrych szutrach i korzeniach. Ciekawostka - na leśne ścieżki nawieziono dużo piachu ... Whisky Tango Foxtrot ?
Muzyczna dedykacja dla naszych ciężarowców, którzy szykują się do ciężkiej i zimnej zimy ...
Dzisiaj do pracy - rano już rześko, w ruch poszły rękawki.
Szychta minęła jak z piczy strzelił.
Po pracy wiatr nie nastrajał bojowo, ale te brutto 30 km wypada zaliczyć, więc powolny powrót przez miasto i park w stronę Gubałówki, potem jeszcze akcent objazdowy Głębokiego. Słabo mi się jechało, usapałem się pod górkę, za to z Guby już przyjemnie sie mknęło :-)
Zaprawdę powiadam wam, nie ma w mieście/parku/lesie takiej alejki, której szerokości nie byłyby w stanie zablokować panie/mamy/babcie z dziećmi/wózkami/psami/kijkami ....
Because every girl crazy about a sharp dressed man ;-)
Odpowiedź na tytułowe pytanie jest banalnie prosta - zasłuchany w muzykę ZZ Top w Marienthal przegapiłem skręt na Uhlenkrug i poleciałem na Koblenz . Nie ma tego złego, dzięki temu znalazłem mauzoleum rodziny von Eickstedt, które kiedyś widziałem na blogu Mirka.
No ale za to już nie miałem czasu na odwiedziny w Torgelow, zachodni wiatr szarpał okrutnie. Walczyłem z brukiem, szutrem i płytami przez Krugsdorf i Friedberg no i z Viereck zamiast na północ zawinąłem z powrotem na Marienthal i Grunhof. Drogę do domu urozmaiciłem przez Mewegen na Blankensee. Skoro nie udało się trafić do celu, to przypilnowałem chociaż przejechania kolejnej w tym roku stówki.
Dzisiaj wszystko, co żyje i śmiga na rowerze ścigało się dookoła Miedwia. A ja spokojnie wykręciłem przyjemną pętelkę przez Stolec i Zalesie.
Stolec na żądanie - gdyby ktoś miał z tym problemy, to polecam ;-)
Na rondku odbiłem na Myślibórz, bo jeszcze tam nie byłem - eksplorację przerwało mi stadko 3 kundli, gotowych do sparingu. Wrócę tam z gazem. Potem tradycyjny popas w Zalesiu, należy się po 50 km...
Usain dla ubogich.....
Powrót przez Tanowo i Głębokie, deszcz od Hali AA i to koniec przygód na dzisiaj.
Dzisiaj kręciłem w towarzystwie P!nk, dziewczyny i do szabli i do szklanki, do tańca i różańca nie doszliśmy ;-)
Po południu nie padało, zatem przejechałem pętlę, na którą miałem ochotę wczoraj. Pogoda sprzyjała, Garmin nawalił (rozładowany mimo pełnej baterii rano), więc jechałem nie patrząc na kadencję czy prędkość.
Pomnik Elisabeth von Arnim w Buku
Lubię trasę na Dobieszczyn przez Buk i Stolec, może asfalt jest miejscami marny, ale za to aut mało, albo wcale. Z Dobieszczyna też puściutko, kilka aut minęło mnie dopiero przed Tanowem. Dzięki kolarzówce te 50km mijają jak wiecie z czego strzelił :-)
Dziś rocznica śmierci K.K.Baczyńskiego , strzelaliśmy do Niemców diamentami....
Pogoda nie rozpieszcza, a w portalu yr.no zatrudniono chyba uchodźców, którzy nie sa meteorologami, bo trudno już kierować się ich prognozami. Wieczorem miało nie padać, zmokłem już w Dobrej, dlatego tam na rondku w tył zwrot i do domu. Zawsze to coś, krótkie przewietrzenie...
Rozładował mi się Garmin zaraz po wyjeździe z domu, dziwna sprawa.... Włączyłem nieStravę w telefonie za Litewską....
Dzisiaj kolejna przejażdżka na średnim dystansie - co prawda celem było Nowe Warpno, ale ciemne chmury na północy i zachodzie zniechęciły mnie na tyle, że odpuściłem sobie tą miejscówkę. A okazało się, że niesłusznie. Bo tam nie padało - mżawka złapała mnie za to w Dobieszczynie, ale drobna, zaraz wyschło jak na psie. Pojechałem klucząc po leśnych asfaltówkach od Tatyni przez Nową Jasienicę do Uniemyśla i potem od Trzebieży do rondka myśliborskiego. Powrót już prosto 115ką i przez Głębokie.
Nie dałem rady przejechać 1000 km w lipcu, zabrakło determinacji po stracie 8 pierwszych dnie bez roweru. Ale determinacja wyklucza przyjemność - a w sumie o nią najbardziej mi chodzi :-)
Jeżdzę wolno, bo ciągam za soba to żelastwo....
Miałem dziś chwilę chwały, na Litewskiej zdobyłem KOMa, po 179 próbie - mogę chyba kończyć karierę :-) Dedykuję sobie piękną melodię z tej okazji.
Mapka przy okazji, coś cię dzieje dzisiaj zGarminConnect.
Dzisiaj nietypowo, bo w sobotnie popołudnie - rano zanosiło się na deszcz... Przeszkadzał południowo-zachodni wiatr, ale nie chciałem odbierać sobie radości z jazdy. Po 40 minutach wystrzeliły w żyły endorfiny - Jezu, jak to lubię.... Do tego dobra muzyka - czego więcej chcieć ? Nie żyjemy w najlepszym ze światów, cieszmy się tym co mamy ....
Dron na granicy
Murem za Ojczyzną
Zbierały się ciemne chmury, trochę kilometrów dorobiłem tnąc na Bartoszewo i Dobrą. To był znakomity wypad, cieszę się wspominając go.
Muzycznie niedawno odkryłem naszą dziewczynę z Berlina - coś pięknego....
Po latach przypomniałem sobie, jaka to frajda pojeździć na rowerze :-)
Nie ścigam się w wyścigach, nie jeżdżę w stadzie (więcej niż 3 osoby to stado), odmóżdżam się walcząc sam ze sobą.
Jestem leszczykiem, po prostu rowerowym leszczykiem :-)