Czy to powrót na dobre ? O tym zdecydują jeszcze kardiolog i flebolog. Ale już nie mogłem się opanować. Miało być tylko do Dobrej, ale poniosła mnie pogoda, muzyka i ambicja.
O wielki dębie, daj mi swą siłę.
Niedługo koncert Comy w Szczecinie - bilety już mam :-)
Przepraszam Was, moi wierni czytelnicy. Wygląda na to, że sportowo sezon się dla mnie skończył - nie wiem co się dzieje, ale nawet ta dotychczasowa byle jaka forma uleciała, każde przekręcenie korby to Mont Ventoux....
Będę oczywiście z przyjemnością jeździł, ale zamiast epickich wypraw czeka Was czytanie moich szlochów i zazdrości dla Waszych wyczynów.
Jednak regularne jazdy mają wielkie znaczenie. Tego lata miałem kilka za długich przerw, poświęconych na innego rodzaju uciechy życia. O ile tą lipcową jakoś przeżyłem, to kumulacja sierpniowej i szalenie męczącego uroczystościami rodzinnymi września mnie dobije. Ale takie jest życie - trzeba chłonąć wszystkie jego smaki ....
Podejmę honorowo wyzwanie o wykonanie planu dystansowego na 2016 , ale liczę się z niepowodzeniem.
Ruszyłem dzisiaj do Lasku Arkońskiego zażyć trochę jazdy w terenie. A idź pan w ch*j .... Noga słaba jak z waty, techniki zero, butowanie, podpórki, strach na zjazdach i dupa na podjazdach.... Znowu koń mnie zrzucił na początku schodów pod Quistorpa...
Nawet to było wyzwaniem....
Dla wysuszenia łez pojechałem sobie na Police lasem od Dębów Bogusława, fajna droga, polecam - trochę piachu, jakby co.... Robiło się ciemno, więc nie podjeżdżałem lasem od Siedlic na Podbórz, ale asfaltem na Leśno i dalej na Głębokie.
Ula w końcu namówiła mnie na tegoroczne 3 setki. Zrobiłem je u kolegi na poprawinach, Żubrówką Czystą. A może więcej ? Po 3 setkach wyłączyłem licznik i jechałem już dla czystej przyjemności :-) Dzięki Ula za mobilizację :-)
W niedzielę wieczorem już byłem ubrany do jazdy i zbierałem się do wyjścia, ale zauważyłem, że małżonka perfidnie zapomniała kluczy do domu. Ech, te niewieście sposoby na zatrzymanie męża w domu .... Czasu starczyło na sprint na stację benzynową po 2 piwka...
Ale dzisiaj już był ten wieczór, 19:30 dosiadłem wiernego Przecinaka i pojechałem lasem do Siedlic i z powrotem, żeby odetchnąć świeżym leśnym powietrzem. Taaaa, z Sierakowa waliło jak z latryny ....
Lampka znakomicie sobie radziła, dopóki się nie wyczerpała, ale to już na szczęście na Głębokim :-) Wczoraj wielkie dla mnie wydarzenie - państwowy pogrzeb pułkownika "Zagończyka" i porucznik "Inki", część długu honorowego spłacona.
Odpuszczam nierówną walkę z planem - pora na przyjemności. Jedną z nich jest leniwa jazda na rowerze :-) A zwłaszcza zjazd płytami Ladenthin - Lebhen. Można tam wracać codziennie. Pokręciłem się po pogranicznych drogach, wróciłem przez Blankensee i Dobrą , chłodzony czołowym wiatrem przez większą część drogi.
Nie jeździłem kilka dni - wyjazd, praca, sprawy rodzinne... Tak się sypie doskonały letni plan.... W nocy złapał mnie skurcz lewej łydki, bolała cały dzień, ale udało się wieczorem ją rozjeździć.
Od soboty żyłem, podobnie jak inni kibice, wyczynami naszych znajomych ultrasów walczących na morderczej trasie Świnoujście - Ustrzyki Dolne, czyli 1008 km w limicie 72 godzin....
Kciuki trzymano za Agnieszkę, Olę, Michała, ale zwłaszcza za Grześka , który postanowił pojechać tam i z powrotem, niewyobrażalne 2008 km. Zbierając się do tego wpisu dowiedziałem się, że w Pile, po przejechaniu 1800 km pokonał go ból złamanego żebra, nieszczęśliwy przypadek w Ustrzykach rozwiał marzenia tego dzielnego chłopaka. Ależ ma pechowy rok, aż mi się , kurwa, płakać chce. Taki wysiłek, tyle wyrzeczeń. Życie nie jest, kurwa, sprawiedliwe. Przepraszam za grube słowa, czasem nie da się tego uniknąć. Nasze kręcenie przy ich wyczynach to pierdzenie pod wiatr ....
Dzisiaj po południu udało się wyskoczyć na przejażdżkę moją szosową kozą. Nie mogę oderwać się od ulubionej ostatnio pętli Dobra-Stolec-Dobieszczyn-Tanowo. Dystans i okoliczności przyrody po prostu idealne, szczęście w pigułce. Kolarzy dzisiaj całe peletony.
Jeleń ze stoleckiego pałacu
Prosta na asfalcie kusi do szybszego kręcenia, do tego dobra muzyka i heja....
Na zachodnim nieboskłonie wisiały czarne chmury - nakarmiony przez małżonkę zbyt dużą porcją naleśników ze słodkim serkiem wybrałem wspinaczkę na Miodowej.
Odwiedziłem kapliczkę naszej Hetmanki, Matki Niezwyciężonej. Lubię tą sierpniową rocznicę - zachodzę w głowę, jak nasi pradziadkowie pokonali kacapów, nie mając kredek, profilowych w barwach tęczy i Gazety, która mówiłaby im, że powinno im być wszystko jedno .... No i nie mieli też ani jednego plutonu LGQBT - to chyba był początek polskiego faszyzmu ....
Po latach przypomniałem sobie, jaka to frajda pojeździć na rowerze :-)
Nie ścigam się w wyścigach, nie jeżdżę w stadzie (więcej niż 3 osoby to stado), odmóżdżam się walcząc sam ze sobą.
Jestem leszczykiem, po prostu rowerowym leszczykiem :-)