Dzisiaj kolejna przejażdżka na średnim dystansie - co prawda celem było Nowe Warpno, ale ciemne chmury na północy i zachodzie zniechęciły mnie na tyle, że odpuściłem sobie tą miejscówkę. A okazało się, że niesłusznie. Bo tam nie padało - mżawka złapała mnie za to w Dobieszczynie, ale drobna, zaraz wyschło jak na psie. Pojechałem klucząc po leśnych asfaltówkach od Tatyni przez Nową Jasienicę do Uniemyśla i potem od Trzebieży do rondka myśliborskiego. Powrót już prosto 115ką i przez Głębokie.
Nie dałem rady przejechać 1000 km w lipcu, zabrakło determinacji po stracie 8 pierwszych dnie bez roweru. Ale determinacja wyklucza przyjemność - a w sumie o nią najbardziej mi chodzi :-)
Jeżdzę wolno, bo ciągam za soba to żelastwo....
Miałem dziś chwilę chwały, na Litewskiej zdobyłem KOMa, po 179 próbie - mogę chyba kończyć karierę :-) Dedykuję sobie piękną melodię z tej okazji.
Mapka przy okazji, coś cię dzieje dzisiaj zGarminConnect.
Komentarze (7)
Walcz, odbijaj, wygrywaj :) Ale gdyby czasem się nie udało, to mam taki chytry sposób na KOM''a... A mianowicie, będąc młoda lekarką... nie nie tak, spróbuję raz jeszcze: Będąc w Dolomitach, dnia pewnego zapuściliśmy się (czytaj pobłądziliśmy) w rejon, gdzie normalny człowiek nigdy z rowerem się nie odważy. Po powrocie zrobiłem z tego fragmenty segment. Sądzę, że mam tam dożywotniego KOM''a hyh
Sufa, pięknie Ci dziękuję za dobre słowo i odwiedziny w mych niskich progach. Ten KOM to pokłosie przeczytanej u Ciebie sentencji "Na Stravie każdy ma swój segment, na którym ma KOMa". No to sobie założyłem taki segmencik sprinterski , ale długo się KOMem nie pocieszyłem. Dwa lata walczyłem o odzyskanie korony, w końcu się udało. Z klimatów górskich - przez jedną chwilę miałem KOMa na 3km lokalnym downhillu (tutaj mrugam okiem przy słowie downhill, a Ty ocierasz łzy ze śmiechu) , lecz jakowyś śmiałek mię wydymał. No ale jak mam zostać finisherem, to muszę go niechybnie odbić ;-)
Jarek, może dlatego, że tam nie ma górki ;-) Musiałem mieć też szczęście co do taktowania satelity, lekki wiaterek w plecy też nie przeszkadzał... W końcu założycielowi i gospodarzowi tego segmentu ściany pomogły ;-)
Jak pomyślę, że dobry peleton finiszuje z prędkością 70-75 km/h ....
Po latach przypomniałem sobie, jaka to frajda pojeździć na rowerze :-)
Nie ścigam się w wyścigach, nie jeżdżę w stadzie (więcej niż 3 osoby to stado), odmóżdżam się walcząc sam ze sobą.
Jestem leszczykiem, po prostu rowerowym leszczykiem :-)