Szefostwo wreszcie nas opuściło i wieczorem po załatwieniu najpilniejszych domowych spraw udało się wyskrobać 2 godzinki na wspinaczkę po Miodowej. 2 godzinki, czyli 8 razy, proste :-) Dzisiaj mijało mnie tam wielu lepszych zawodników , coż z tego, ze na szosach, nogi dobrze im pracowały. Raz dospawałem do pana mastersa na Scot'cie, ale jak wstał na pedały to odpuściłem, bo miałem jeszcze w planie 4 kursy, a nie rzeźnię z lepszym dla satysfakcji ;-) Kilku bikerów się kręciło, z paroma już się znamy z miodowego szlaku i pozdrawiamy uśmiechami. Cóż, wszyscy zniknęli jak perseidy, ja, jako niespadająca gwiazda zamykałem ulicę w zapadających ciemnościach. Jeździło się doskonale, temperatura po prostu optymalna.
Od dzisiaj do czwartku w firmie najazd właścicielski, czyli napiete plany treningowe mogą mieć prawo nie wypalić. Ale co tam, jestem przecież najemnym psem, nie kąsam ręki, która mnie karmi i zaprasza na flamandzkie rowerowe szlaki ;-) Dziś z pracy wyjazd po 17:00, na Świętojańską docieram po 17:30 z nogą rozgrzaną po ucieczce przed pewnym panem przylepką... Asfalt płonie - czyli Grzesiek już tu był, minimalnie spóźniłem się. Na domiar złego czas goni, starczyło go dzisiaj na 6 wjazdów. Ulicą Wendeńską skracam drogę do Hożej i Łączną pomykam w stronę Miodowej. Mam być w domu na 19:00, ale zjazd ocienioną Miodową popycha mnie do choć jednego wjazdu :-) W domu - tradycyjnie przez Wojska, halę AA i Litewską - melduję się 19:07, co jest mi wybaczone ;-)
Można rzec, ze kilka pionometrów zaliczono mimochodem ;-)
Od rana z garażu dobiegało skrzeczenie trenerki - obiecałeś wyjazd ! Co było robić ;-) ? Zrobiliśmy 8 x Miodową, bo weekend był rodzinny, ale zawsze to kolejne metry zaliczone. Dzisiaj było pustawo, zaledwie dwóch kolarzy przemknęło , ale tranzytem, nie podjazdowo. Chyba nawet mniej koksów zbierało się na Głębokim, albo jechałem za wcześnie (09:45) wracając z treningu ....
Dziś rano na Miodową, przed zapowiadanym upałem. Planowane 8 razy wykonane, trzy razy mijałem się z sympatycznym kolarzem, który też podjeżdżał i wzajemnie się dopingowaliśmy. Raz na podjeździe przed znakiem wciągnął mnie nosem mocarz na białym Authorze 29", młynkował jak Froom, poooooszedł i tyle go widziałem. Ależ noga, ja już tak chyba nie pojeżdżę. Nie ma co równać do prawdziwych koksów, jak to śpiewał Młynarski - róbmy swoje.
Trenerka Majka namawiała mnie na jeszcze 2 kółka, ale nakłamałem jej, ze w niedzielę też pojeździmy, to odpuściła.
Całe szczęście, że wyzwanie Giro zakończyłem wczoraj, dzisiaj upał jak piorun... Ale i tak byłem zdecydowany na jazdę do pracy z powodu korków. Zawsze jak miasto urządza igrce dla trzody, to od czwartku jest zamknięta Jana z Kolna i obie Bramy pięknie się korkują. Na takie sprawy nie ma to jak rower :-) Podjechałem rzucić okiem - od razu trafiam na rozbite miasteczko Tyskiego, już widzę te rzesze trafione procentami przy upalnym wieczorze ...
Na Wyspie Grodzkiej piromani szykują wyrzutnie, a ja podążam Bosmańską Strzałą w stronę dworca. Bez spinania wyprzedziłem nawet szczupłego sakwiarza, leżącego na lemondce, co go tak rozstroiło, że z przejścia dla pieszych pojechał w stronę dworca pod prąd :-) Spokojnie pełznę w górę Owocową, to nie dzień na szarpaninę o KOMa ;-) Potulicka prawie gotowa, lecę Sowińskiego. Z Głowackiego zajechał mi drogę gość w aucie , który gadając przez telefon raczył mnie nie zauważyć. Potem już bez emocji w stronę Pogodna. Wizyta u teściów po odbiór zamówionej botwinki na chłodnik i przez Łukasińskiego, Żyzną , halę AA i Litewską do domu. Na dystansie niecałych 20 km wypiłem cały bidon 750 ml wody, lało się za mnie jak z cebra - znaczy jest co wypacać.
Te 10.000 w pionie to nie tylko dzisiaj oczywiście, ale zmieściłem się w zadanym przez Stravę czasie. Jestem zadowolony, bo w naszej płaskolandii to nie jest łatwe i wiąże się z nieuchronnym trzepaniem tych samych ulic. Dzisiaj nie pomagał upał - jak to dobrze, ze wczoraj wykorzystałem czas na maxa, bo jeszcze jutro musiałbym piłować, a tak pojadę sobie Miodową x 30 bez ciśnień ot tak, dla czystej zabawy. Oczywiście to żarcik, sucharek taki :-)
Dzisiaj upolowałem "fresk" na Hożej. Dom na pewno robotniczy - może to niemiecki stoczniowiec ?
W dniu chwały zabrałem ze sobą trenerkę Majkę, która podlegała procesowi suszenia po deszczowej walce na Miodowej. Zdobyliśmy sobie Gubałówkę, gdzie miałem ochotę na zimny napój - ale ku mojemu zaskoczeniu w tym miejscu ch.. nocuje. Tak wygląda biznes po szczecińsku.
I zakaz myślenia o spragnionych turystach...
Coś się kończy, coś się zaczyna... Skoro już nabiłem 4 tysiące metrów w 6 dni sierpnia, to grzechem byłoby nie spróbować kolejnego wyzwania Stravy, czyli 11 tysięcy do końca sierpnia. Proszę zatem o życzliwe myśli i kibicowanie : pchamy, pchamy, pchamy :-)
Dzisiaj cały świat z zapartym tchem śledził moją walkę ...
Kolejny krok w celu dotarcia na wysokość 10.000 m do 07/08/15... Dzisiaj dobra pogoda po wczorajszej parówie, wykorzystałem to i pojechałem Świętojańską 12 razy, bo kto wie, jak będzie w czwartek... W każdym razie zostało niewiele ponad 400 metrów, będę chciał jutro domknąć temat :-)
Dzisiaj 2 epizody sportowe - jadąc w stronę pagórków już na Wałach spotkałem bikera na 29nerze, który na podjeździe na Łady pokazywał, ze pragnie mi dołożyć. Sprytnie minąłem go na światłach, ale tyle było mojego. Pojechał mnie okrutnie, mimo, że na liczniku momentami miałem nawet 27 km/h, co jak na mnie jest wielkim wyczynem... Skręcił w Robotniczą, i tu kusiło mnie, żeby za nim skoczyć, bo pod górkę już mu tak dobrze nie szło ;-) Na szczęście opanowałem agresora i udałem się realizować plan wczołgiwania na Świętojańską. Z kolei na ścieżce na Wojska wzdłuż koszar niebezpiecznie wyprzedził mnie jakiś pan, nawet rzuciłem mu krótką uwagę (bo nie zadzwonił ani się nie okrzyknął, a ja miałem akurat wyprzedzać innych cyklistów), na którą coś odburknął. Zobaczyłem, że skręca w stronę toru kolarskiego i staje na pedały do finiszu pod górkę, no i tu mnie poniosło. Nie dałem mu szansy i satysfakcji, po czym spokojnie wróciłem do domu przez Litewską.
Dzisiaj pokrzepiałem się porządnym amerykańskim męskim głosem, polecam.
Uffff, gorąco.Jutro ma być 30ka, w środę ponoć chłodniej, to jutro odpocznę - chyba, żeby na chwilkę wieczorem, jak lampa zgaśnie...
Dalej w pogoni za pionometrami - dziś 6 x Świętojańska, potem Policka/Zagórskiego no i skusiłem się na Miodową , gdzie na górze przegonił mnie sympatyczny biker z Mierzyna na szosowym Scot'cie. Chwilę pogadaliśmy, on miał w planie jeszcze podjazdy, a ja już raczej zjazd i powrót do domu.
Zagórskiego - uwaga na błotnisty basen na dole, jakieś %^&syny rozjeździły to wywrotkami,żeby na pobocze wykiprować urobek... Musiałem robić przenoskę przez krzaczory... Developer jego mać, u nas powinien obowiązywać kodeks Hammurabiego, a nie prawo unijne....
Dziś w rocznicę wybuchy Powstania sprawy średnich, kadencji, dystansów wydają się być błahe i bez znaczenia. Chylę czoła przed Wami, dziewczyny i chłopaki z batalionów o sile kompanii a uzbrojeniu plutonu, czy może i drużyny, którym rozkazano z gołymi rękami uderzyć na frontowe wojsko. Będę o Was zawsze pamiętał, a Waszym dowódcom niech Bóg wybaczy, bo ja nie potrafię. Powiem Wam, że dzisiaj była ładna pogoda, w sam raz, żeby przejechać 150 km na rowerze i mieć czas na myślenie o tym, że mamy szczęście żyć w lepszych czasach niż Wy. Ale też o tym, że nic nie jest dane na zawsze, a cena za wolność się nie zmieniła, ważne, żeby umieć ją zapłacić, tak jak Wy.
Muzycznie niech przemówi K.K.Baczyński
Szczegóły dzisiejszej jazdy w mapce, gdyby kto był ciekaw.
Po latach przypomniałem sobie, jaka to frajda pojeździć na rowerze :-)
Nie ścigam się w wyścigach, nie jeżdżę w stadzie (więcej niż 3 osoby to stado), odmóżdżam się walcząc sam ze sobą.
Jestem leszczykiem, po prostu rowerowym leszczykiem :-)