Wreszcie ! Pierwsza w tym roku jazda do pracy na rowerze :-) ! Co tam poranny chłód - śpiew ptaków w parku, słońce, no i zapach czekolady z Gryfa, bardzo mi tego brakowało.... No i oczywiście randka z Betką, była pięknie umalowana, a ja ofiarowałem jej kolejną czapeczkę.
Au revoir, mon cher :-)
Szychta minęła jak z piczy strzelił.
Powrót zaplanowałem przez północne ulice, bo trzeba zacząć trenować nogę na podjazdach. Mistrzowie trenują w Calpe, ja jadę na lokalne bieda-Sralpe :-) Dziś wybór padł na trójpak Strzałowska/Świętojańska/Zielna. No i przykra niespodzianka... Nie, nie moja słaba forma, bo na to byłem przygotowany. Bieda-Sralpe nie nadaje się do treningów ! Strzałowska i Świętojańska miejscami rozkopane na szerokość pasa podjazdowego ! Zdrada ! Gdzie ja się biedaczyna podzieję ? Moja popracowa podjazdowa miejscówka nie nadaje się do użytku ... Przypadek ? Nie sądzę .... Podjechałem to sobie, ale bez przyjemności z uwagi na auta... Można ewentualnie katować pętle na samej Zielnej, ale na obecną formę tam jest za stromo... Powrót przez Hożą, objazd nowego osiedla na Małych Błoniach z ładnym zachodem słońca i pędzikiem przez Podbórz do domu, aby zdążyć przed zmrokiem.
Dla ciekawych mapka z powrotu.Wspinaczka wspomagana muzycznie przez Creed, w końcu post, idealny moment na chrześcijańskiego rocka....
Dziś miałem nadzieję na rozjazd po setce na szosówce, ale ten zimny deszcz mnie zniechęcił - to dopiero początek sezonu, jeszcze będzie okazja, szkoda zdrowia....
Na niedzielne śniadanie przyrządziłem naleśniki z białym serem, więc ten nadmiar kalorii rozchodziłem na bieżni. W towarzystwie Ragnara Lodbroka i jego wikingów. Im raczej deszcz nie przeszkadzał.
Piątkowa piekna pogoda oglądana przez okno w pracy... Sobota - silny wiatr, wschód/południowy wschód. Ale trzeba potrenować, w kwietniu znowy przejazd firmowy trasą Scheldeprijs,a tam lubi wiać. Ze względu na psychikę na tym etapie budowania formy decyduję się na jazdę z wiatrem w drugim etapie wycieczki. Czyli jedziemy na wschód :-) Na twarz krem zimowy na wiatr, na pupę maść na "polskie" asfalty - czy nie pomyliłem ? Chyba nie - zatem w drogę. Wyjazd parę minut po 08:00, bo 10:15 jestem umówiony z kolegą z pracy w Gardnie. Do Rosówka przez Europejską , Przecław i Kołbaskowo - wiatr równo tyra. W Rosówku telefon do kolegi - spotkanie między Gardnem a Wełtyniem umówione. Pedałuję przez Neurochlitz i Staffelde do Gryfina.
Panorama Gryfina
Teraz chwila wspinaczki wyjazdowej z Gryfina drogą 120, docieram do Wełtynia i tam spotykam kolegę, mieszka na Prawobrzeżu, będzie przewodnikiem.
Kościół w Wełtyniu
Mam w planie setkę, jedziemy dookoła jeziora Wełtyń, czyli do Gardna zamiast po 3 km dojedziemy po 18 km :-) Niby nizina, ale trafiają się hopki, przy wmordęwindzie lub mocnym bocznym jedzie się tak sobie. Wiatr potęguje odczucie zimna, nie zatrzymujemy się na fotki - powrócę tam, gdy zrobi się cieplej. Urocze stare kościółki , chciałoby się je obejrzeć dokładniej, a tu każą cisnąć. Trasa wiedzie przez Wirów / Chwarstnicę / przez S3 w Sobieradzu / powrót przez S3 za Drzeninem i Gardno. Na węźle Gryfino boczny wiatr ma siłę obalającą w podmuchach. W Żelisławcu w sklepiku wciągam rogala, batona i tankuję małą puszkę słodkiej smoły. Byle do zwrotu z wiatrem .... Mijamy Kartno, Glinną i w końcu , po 68 km mordęgi zwrot na Dobropole Gryfińskie. Podjazd bez wiatru to po prostu ulga :-) Stamtąd bardzo przyjemny asfalt do Kołowa. Dalej zjechaliśmy nową Drogą Bieszczadzką i udaliśmy się do Kijewa. Stamtąd kolega poprowadził przez zatłoczone parkingi centrów handlowych do ścieżki rowerowej do mostu Cłowego i dalej, do Baltony, gdzie się pożegnaliśmy. Przez most Długi ruszyłem standardową drogą dojazdową do domu - nie pozwolono mi kupić bajgli na obiad.... Podobno mamy je zjeść na miejscu. Kiedyś .....
Dałem radę , potencjał turystyczno-krajoznawczy terenów prawobrzeżnych jest spory, mimo kierowców ZGR ... Pamiętacie Piotra Lato z "Big Brother" ? Całkiem niezły kawałek....
Przy okazji kolejnego marszu na bieżni dokończenie filmu o koksującej kolarce. Makabra, takie uzależnienie od dopingu i brak wiary, ze bez niego można coś osiągnąć. Presja otoczenia, rodziny, strach przed okazaniem słabości .... Brrrr... Lepiej być leszczykiem :-)
Podjazd Mur de Huy musi być zabójczy, ale może kiedyś :-)
Ostatni kawałek w klimacie Niezłomnych - Maleo i Halinka Mlynkova "Plują na mnie w szkole, honor odebrali, lecz bandyty z ojca zrobić nigdy nie pozwolę" - ciary ....
Dzień zaczął się od telefonu ze szpitala - z powodu infekcji z operacji teściowej nici. Pięknie, 3 miesiące załatwiania i starań jak psu w dupę...
Na szczęście wqrw można rozchodzić na bieżni.
Puściłem sobie film o kanadyjskiej koksiarce Geneviève Jeanson, chociaż można popatrzeć na ładne dziewczyny na rowerach i legendarny podjazd w Ardenach, Mur de Huy ...
Jutro sobie dokończę.
Dziś jeszcze reminescencja z wczorajszego święta. Pięknie nam to zagrał Maleo... "Będą o mnie śpiewać pieśni, wolałabym żyć..." - ależ ta fraza szarpie....
To nie był dobry dzień. Najpierw odwożenie teściowej do szpitala na jutrzejszą operację, a potem niespodziewane kokodżambo w pracy. Z każdą chwilą rosła lista ludzi, którzy mogą mnie pocałować w d**ę. W końcu sytuację się jakoś ułożyła, ale powrót do domu późny, bo via szpital i dom przeziębionego teścia. Oj, będzie co robić przez najbliższe dni.... Kiedyś nalał bym sobie solidną szklaneczkę rudej na myszach i zawinął się w koc na kanapie. Ale nie teraz, nie w poście, w którym trzeba stawiać sobie poprzeczkę wyżej. No i szczególnie nie dziś, w dzień Żołnierzy Niezłomnych.
Godzina na bieżni.
Podsumowując luty - rowerowo nędza, choć lepiej niż w styczniu. Za to czas spędzony na bieżni zaowocował zbiciem 3,4 kg. Jeszcze 2 kg i będzie dobrze.
Odnośnie dzisiejszej rocznicy - czytałem kiedyś fajny artykuł, którego tezy wydają mi się słuszne. Mianowicie podział czasowy : lata 1944-1947 to czysta wojna domowa na dużą skalę, lata 1947-1948 to poamnestyjna perfidia i rozbijanie coraz mocniej zinfiltrowanych ubecką agenturą oddziałów, późniejsze lata do 1953 to już wybijanie zaszczutych niedobitków, którzy woleli śmierć, niż ułożenie z nową władzą. Ostatni okres posłużył stworzeniu legendy bandytów.
Na mnie największe wrażenie robi walka oddziałów wiernych rządowi w Londynie na terenach naszych dawnych Kresów. Bili się z absolutną świadomością beznadziejności tej walki, ale w imię zasad, wierni przysiędze. Inni ludzie, stracone pokolenie.
Po urodzinach małżonki przysnęło mi się - a tak chciałem wyjechać o 08:00 i trzasnąć setkę... Czas wolny nie z gumy, miałem wrócić najpóźniej na 13:30, czyli czasu zostało na przyjemną 60kę. W głowie tasowanie tras i planów, w końcu decyduję się na sprawdzony wariant, czyli Trzebież. Wspiąłem się do Leśna i przez Police kręciłem w stronę celu.
Port barkowy w Policach pracuje
W Jasienicy podjechałem pod kościół i zespół zabudowań pocysterskich, ale słońce było ze złej strony do fotek, jeszcze będzie okazja to pokazać. Dalsze minuty minęły na w miarę przyjemnym kręceniu do Trzebieży. W miarę, bo nie brakuje kierowców, którzy na pustej drodze muszą mijać rower "na papier ścierny". W końcu docieram do celu, cicho i pusto.
Kościół w Trzebieży
Port Jachtowy
Port Jachtowy jeszcze cichy, jachty drzemią wyciągnięte na brzeg, ale pewnie za jakieś 2-3 tygodnie zacznie się ruch na wodzie. Na promenadzie pustki, lokale pozamykane. Na ławce przy plaży pokrzepiłem się batonami owsianymi, które upiekła mi małżonka - pycha :-) !
Plaża, pusta plaża....
Powrót zaplanowałem przez doskonałą pożarówkę nr 14 - 13 km dobrego asfaltu, słońce, las, tylko ja, dobra muzyka i rower, aż chce się żyć... Docieram do 115ki przy leśniczówce i kieruję się w stronę Tanowa. Za chwilę mija mnie dwóch bikerów, jeden z nich ma tak szerokie plecy, że aż szkoda nie wykorzystać takiej zasłony. Spawam i cieszę się szybką, komfortową jazdą - ale co dobre kończy się za 3 km , bo koledzy skręcają w las. Przepycham korby w stronę Tanowa, przed szkółką szosowiec reperuję dętkę. Zatrzymuję się, żeby pomóc w ramach rewanżu za pomoc mi udzieloną przy ostatniej awarii. To jednak profi, ma wszystko co trzeba - chwilę gadamy. Okazuje się być ofiarą ustawki koksów z Głębokiego - jechał w środku peletonu z dużą prędkością, kiedy grupa się rozsypała bez ostrzeżenia i on wylądował w dziurze na jezdni. Przyjemne słońce towarzyszy mi do końca podróży, dzisiaj widziałem sporo kolarzy, wiara stęskniona za pogodą. Miejmy nadzieję, ze wiosna zawita do nas za 2 tygodnie....
Ta dobra chwila na rowerze pozwala zapomnieć o bieżącej toksycznej polityce i wracać myślą do miłych wspomnień, kiedy liczyły się sprawy ważniejsze niż szarpania debili o stołki.
Po latach przypomniałem sobie, jaka to frajda pojeździć na rowerze :-)
Nie ścigam się w wyścigach, nie jeżdżę w stadzie (więcej niż 3 osoby to stado), odmóżdżam się walcząc sam ze sobą.
Jestem leszczykiem, po prostu rowerowym leszczykiem :-)