Pogoda i inne okoliczności sprzyjają, zatem hajda do pracy na rowerze :-) Decyzja ze wszech miar słuszna, korki w jedną i drugą stronę makabryczne ze względu na zamknięcie ulicy Jana z Kolna na czas ludycznych Dni Morza....
Szychta minęła jak z piczy strzelił ....
Poniżej kilka widoczków z powrotu nad rzeką ....
Trasa w stronę miasta stoi :-)
Początek zbiegowiska jachtów i żaglowców :-)
Hiszpańska "Santa Pinda" ;-)
Powrót przez ulice Gocławia i Stołczyna, najpierw rozgrzewka na Świętojańskiej, potem mordęga brukowego podjazdu "Piekła Pólnocy" czyli kombinacji Narciarska/Górska. Zapomniałem już, jak tam jest stromo i bezlitośnie i trochę za twardo rozpocząłem, kończyło się na stojaka... Kolejne kilometry są dla uspokojenia walącego serca i rwanego oddechu.... Jadę lasem w stronę drogi Podbórz-Siedlice, ten fragment Wkrzańskiej to piachy, piachy i jeszcze raz piachy. Przy Dębach Bogusława odbijam w lewo, docieram do mostka Meyera, przejeżdżam go, żeby przekonać się, dokąd wyprowadzi mnie droga w prawo - ląduję ostatecznie w Pilchowie, ale przez takie piaszczyste łachy, że tej drogi nie polecam. Dzięki szerokiej oponie i prędkości zjazdowej jakoś to pokonałem, ale podjazd jest (chyba) niemożliwy. Powrót ścieżką przez Głębokie - jutro chyba też lepiej pojechać rowerem :-) Pewnie nie znacie zespołu "Hatifnats" ?
Kolejny dzień z rowerem, jak miło :-) Po drodze do pracy odurza mnie piękny zapach - to lipy zakwitły :-)
Lipa kwitnie - nie ma lipy :-)
Szychta mija jak z piczy strzelił.
Powrót przez Police, ze "sportowym" akcentem w postaci podjazdu Inwalidzką - nie jest łatwy. Na górze bocianicha wysiaduje młode, znalazłem też kompletnie zdewastowany i zarośnięty poniemiecki cmentarzyk, ale w trosce o to, żeby mi kleszcze klejnotów nie obsiadły, obejrzę resztki pomników jesienią albo bezśnieżną zimą....
Taki widok to nagroda za wspinaczkę....
W Policach decyduję się na powrót przez Leśno - podjeżdżam asfaltem, gdzie tym razem bije mnie starszy szoszon, a potem wracam w dół i podjeżdżam sobie do Podbórza lasem. Wracam przez Gubałówkę, przypadkiem zdobywam stravovego KOMa na odcinku Gubałówka-Głebokie. Brawo ja ? Jutro rege time, należy się odpoczynek - prawda jest taka, ze muszę zabrać małżowinkę na zakupy ;-)
Z okazji zdobycia KOMa, dedykuję sobie pieśń tryumfalną :-)
Kolejny śliczny dzień, szkoda go spędzić w blaszanej puszce ...
Szychta mija jak z piczy strzelił, ale z trzaskami - godzina nadprogramowo, potem silny wiatr ostudził chęci na dalsze podróże....
Szwajcarski krążownik rzeczny....
Powrót mało ambitny - wielbiciele zorientują się z mapki. ++++
Operacja "Zawias" #6 :
Ladenthin, 15/08/15 , wschód słońca
Wstawał słoneczny dzień, oberst Muhammad al-Berlini von
Rundstedt otrząsnął się z płytkiego snu. Spojrzał na wschód,w stronę polskiej
granicy , niepokoiła go cisza. Doświadczony żołnierz, mający wojnę w genach
wiedział, że Unia musi zabezpieczyć skrzydło głównej osi natarcia. Zgrupowanie
von Rundstedta „Teutoński Półksiężyc”
stanowiłoby zbyt duże zagrożenie – dlatego w każdej chwili spodziewał się
działań zaczepnych ze strony Polaków. „Trzeba było przerzucić więcej sił i
zgnieść ich w Szczecinie, gdy była na to szansa” – pomyślał - „Trudno, teraz
najważniejsze jest zablokowanie niewiernym drogi na Berlin, żeby doprowadzić
przynajmniej do patu i negocjacji o rozejmie”. Czołgi zgrupowania zostały
odesłane na Seelow, ale Polacy też nie mieli czołgów na ich kierunku. Z
„Rosomakami” powinny sobie poradzić „Fuchsy” i „Pumy” stacjonujące przy pałacu
w Lebhen.
Szybko dopił kubek aromatycznej kawy. „Zaraz pora modlitwy”
– pomyślał. Nagle na linii drzew
zobaczył dziwny, krótkotrwały błysk. Chwycił za lornetkę i zamarł – do szarży
rozwijała się…. Kawaleria ! Słońce błyszczało w wyciągnietych szablach …
Żołnierskie oko doceniło równą linię szwadronu, który właśnie przechodził w
galop. Krzyknął do radiowca – „Wywołaj czujki, idą prosto na nich”. Dwa MG
powinny szybko zmasakrować tych dziwolągów. „Herr oberst, nikt nie odpowiada”.
Dzisiaj towarzyski wyjazd z kolegą doktorem. Zaproponowałem wizytę w ogródku z tupolewem, czyli Grunz. Kierunek Penkun, oklepaną trasą przez Ladenthin / Lebhen / Krackow. Przed Penkun sesja foto :-)
Makowy gladiator alias makowa panienka ;-)
Nie zatrzymujemy się w Penkun, popas robimy w Grunz, kolega kręcił głową z niedowierzaniem, tak jak ja przy moim pierwszym pobycie koło samolotu...
Obowiązkowa jaskółka ;-)
Obok odnajdujemy knajpę, właśnie otwierają i raczymy się chłodnym izotonikiem :-) Czas mija banalnym tik tak, , ale w końcu ruszamy w drogę powrotną. Żeby nie jechać, jak kon po śladzie, proponuję jechać przez Schmolln i Brussow do Loecknitz. Tak też robimy. Aż do Loecknitz czujemy się jak czterej pancerni i pies walący na Berlin, miasteczka i wioski sa jak wymarłe, żywego ducha... Upał tężeje, w Loecknitz pojawia się pragnienie na chłodny napój - w mieście oczywiście ch*j nocuje, ale w przypływie geniuszu proponuję jazdę na plażę nad jeziorem. Bingo - otwarta knajpa, ma być całoroczna i to z polska obsługą :-)
Tu kieruj konia, spragniony podróżniku :-)
Ten pit-stop jeszcze dłuższy, rozmawiamy i cieszymy się doskonałą pogodą... Niespiesznie kręcimy do domu ścieżką na Bismarck, odbitka przez płytówkę od Gellin i powrót przez Lubieszyn. Rozstajemy się w Dołujach, ja jadę przez Bezrzecze i Głębokie, co daje mi 102 km (znowu pancerni). Bardzo fajny dzień, oby więcej takich...
Już wcześniej umówiłem się z sąsiadem , że pokażę mu uroki północnych ulic naszego miasta. Był limitowany czasem, więc pełna Korona Północy odpadała. No i upał też nie motywował do masakrowania się na stromiznach. Umówiliśmy się na obwodnicy Arkonki - ruch był spory, bo dzisiaj otwarcie kąpieliska. Potem lasem wzdłuż Miodowej, i przez Podbórz do Hożej, nad Odrę Robotniczą. Zaplanowane podjazdy odbyto na Świętojańskiej, Strzałowskiej i Zielnej - sąsiad przekonał się, że to nie popierdółki, ale, że to świetny biegacz i triathlonista, to spokojnie dał radę, narzekał tylko, że średnia spada :-)
Potem Nehringa/Policka i Zagórskiego - skręcamy w las, kontrola czasu i wracamy na Podbórz. Uwaga - na bruku leży złamane drzewo ! Fotka ruszona fatalnie, przepraszam, tylko dla kronikarskiego obowiązku....
Lecimy w dół Gubałówką i wracamy znowu przez Arkonkę....
Fajna przejażdżka, mogło być więcej kilometrów, ale były za to ciekawe rozmowy. 4/06 - rocznica wygranego plebiscytu, ale również wydarzeń z 1992 , do czego nawiązuje piosenka...
Dzisiaj tylko dom-praca-dom, wieczorem zaplanowano koncert w filharmonii. Nie pierwszy w tym sezonie, ale pierwszy, przed którym do pracy pojechałem na rowerze, bo jest tak ładnie :-)
Szczecin pachnie czekoladą ....
.... ale nie tylko czekoladą. Na Bytomskiej aromaty rafineryjne dochodzące z Hryniewieckiego, w porcie stęchły zapach ścinków drewnianych. Niedługo dojdzie do tego ambrozja ze spalarni śmieci.
Mapką nie zawracamy sobie głowy. Muzykę też sobie dziś darujemy. W ramach rekompensaty c.d. opowieści dziwnej treści :
+++
Operacja "Zawias #5"
Pułkownik Kościuszko poczuł podniecenie zbliżającą się
bitwą. Naraz jego koncentrację zmąciły
odgłosy nietypowe dla pola bitewnego XXI wieku, czyli chrapanie koni i, brzęk
podków i ułańskiego oporządzenia. „Panie pułkowniku, rotmistrz Kalita melduje
szwadron 12 pułku ułanów podolskich gotowy do akcji”. W pierwszym odruchu Kościuszko
chciał odesłać ich w diabły, ale spojrzał na zacięte twarze rekonstruktorów ,
którzy dowiedli już swojej wartości w bojach obronnych i po chwili
zastanowienia uśmiechnął się wilczo i powiedział – „Rotmistrzu, będziecie mieli
zaszczyt poprowadzić uderzenie, za godzinę, o wschodzie słońca zaczynamy –
niech Bóg prowadzi !”. „Tak jest panie pułkowniku, dziękujemy, nie zawiedziemy
” - wyszeptał rotmistrz. „Szarżujcie od
linii drzew , czujki nieprzyjaciela zdjęte, wyjdziecie prosto na kościół, gdzie
stoi piechota, my poprawiamy od Warnika, ale kwadrans możecie być zdani na
własne siły – w razie zbyt dużego oporu, natychmiast odskoczyć przez pola w
stronę Pomellen, nie chcę tam masakry, musimy zostawić coś dla „Rosomaków” .
Kolejny ciepły dzień zachęcający do wyjazdu do pracy rowerem.
Szychta minęła jak z piczy strzelił :-)
Stara olejarnia na Dębogórskiej
Po pracy powrót sprawdzający stan północnych pagórków, Strzałowska już wyremontowana, razem z Zielną dają w kość. Nie szarpałem się, kręciłem na lekko, gorąc przecie, to nie ja taki słaby ;-) Pojechałem przez Policką, gdzie mieszkali dziadkowie, powstają tam nowe domy i osiedla, wraca życie do tej biednej dzielnicy, a przynajmniej jej "górnej" części. Potem przez Ostoi-Zagórskiego i w prawo do lasu, który kiedyś jako dziecku wydawał mi się bezkresna puszczą, a zaledwie po 3km byłem przy Dębach Bogusława...
Ulubiony downhill do drogi do Siedlic i wspinaczka szosą na Leśno, udało mi się tam nawet wyprzedzić szoszona, mocno starszego, ale zawsze :-)
Powrót ścieżką do Głębokiego i przez Wojska. Zauroczenie nowa płytą TFN trwa....
Po latach przypomniałem sobie, jaka to frajda pojeździć na rowerze :-)
Nie ścigam się w wyścigach, nie jeżdżę w stadzie (więcej niż 3 osoby to stado), odmóżdżam się walcząc sam ze sobą.
Jestem leszczykiem, po prostu rowerowym leszczykiem :-)