Rozjazd po ciężkim 3 dniowym służbowym truciu organizmu wywarami z różnych zbóż. W sumie tylko po to, aby zafakturować przejazd 1000 km w 2017. Pomyśleć, że do tej pory świętowałem tą okoliczność na początku kwietnia ....
Dzisiaj debiut z polowym proporcem Legionów Ulicy, powiewał dumnie przy ławce pensjonaciku Casa Natura koło Mewegen. Nie chciałem robić obciachu Komandorowi, który obdarzył mnie zaszczytem reprezentowania Legionów na północno-zachodniej flance no i kręciłem wyjątkowo żwawo jak na swoje obecne możliwości. Ciekawe, jak długo potrwa ten efekt legionowej euforii ;-)
Jak w tytule - tym razem nie po rekordy, a po fotograficzne sukcesy. Jestem polskim patriotą/nacjonalistą/katozjebem/faszystą * (niepotrzebne skreślić) , więc wiadomo, że jak na rzepak, to tylko ten najśliczniejszy, niemiecki. Postanowiłem zdjąć się na tle jeziora w Lebhen, słoneczko dopisało. Wielu polskich kolarzy robiło sobie fotki przy słomianym pojeździe w Grambow, i ja skorzystałem z uprzejmej pomocy wycieczkowiczów. Potem jeszcze masaż prostaty na bruku starej drogi do Dobrej - chyba stan się pogorszył, bo masaż był dosyć męczący. Kolejna fajna przejażdżka, udało się nie zmoknąć, radość z jazdy jest i o to chodzi.
Weekendowe zaległości - spontaniczna (ze zezwoleniem małżonki rzecz jasna) wycieczka w słoneczne popołudnie, miałem tylko wrócić do 19:00. No to żwawo pokręciłem do Trzebieży - gdzie na zatłoczonej promenadzie nałykałem się tych okropnych małych muszek... Po drodze na leśno dogonił mnie ktoś na góralu, przybiliśmy sobie piątkę. Potem przed Niekłończycą dogoniłem polickiego szosowca, pogadaliśmy potem chwilkę na plaży. Powrót przez leśną drogę do Zalesia, koło jeziora Piaski. Po drodze coś cierpieli do mnie koniarze. W Polsce jak w lesie, zawsze komuś coś przeszkadza. Bardzo miły przejazd, zakończony udanym pojedynkiem na dojeździe do Głębokiego. Nie będzie byle cywil fikał do Fasta, nawet kulawego ;-)
Zaległy wpis - przejażdżka towarzyska z kolegą, z elementami wiosny, które już od poniedziałku zniknęły pod strugami deszczu. Miła chwila odpoczynku przy stoliku gospody w Blankensee, gospodynią jest przemiła Polka. Polecam racuchy z jabłkiem :-) Inne potrawy pachniały tak smakowicie, że do domu kręciłem żwawo.
No to pojechałem pokręcić się po lesie. Słabo mi szło, zapomniałem zabrać płuc z tlenem oraz tych lepszych nóg. Wolny dzień, to i ludzi kupa - nie ma tak szerokiej ścieżki, której nie zablokuje tyraliera rodzinna lub koleżeńska. Ale nie ma co narzekać, przynajmniej nie padało. W planach było na dzisiaj sforsowanie Odry w Gryfinie, ale jak tylko powalił mnie pierwszy powiew zefirka, to zmieniłem rower i poczłapałem po lesie. Mam nadzieję, że atak Legionów Ulicy na Berlin zakończy się całkowitym powodzeniem.
Po raz pierwszy od 11/04 na siodle... Pojechałem sobie pętelkę przez Lubieszyn , Ploewen i Blankensee. W tamtą stronę wiatr pomagał, w drugą wręcz przeciwnie, ale taki to już nasz kolarski los. W Wołczkowie mijałem się z Michałem, na krzyżówce w Buku ze znajomymi koksami. Dobrze, że czasu mało dostałem, bo dzisiaj jeszcze urodziny teściowej, siły będą potrzebne ;-)
A można było po prostu poleżeć na słońcu, jak ten kolega z Blankensee... Zwierzęta nie wysilają się po próżnicy :-)
Dziś po pracy w tajemnicy przed lekarzem 3 x Miodowa ;-) Potem na Podbórz, zjazd szlakiem nordic (fajny wąwozik) do podnóża Gubałówki, stamtąd dojazd do Głębokiego przez drogę 11 i 12. Dookoła jeziora i obok hali AA do domu.
Po pracy wyskoczyłem do Lasku Arkońskiego, Gubałówkę i na Głębokie. Nogi jak z waty, płuca bez tlenu. Normalka w tym sezonie :-) Poczciwy Przecinak jedzie dobrze, zestarzejemy się razem :-)
Po latach przypomniałem sobie, jaka to frajda pojeździć na rowerze :-)
Nie ścigam się w wyścigach, nie jeżdżę w stadzie (więcej niż 3 osoby to stado), odmóżdżam się walcząc sam ze sobą.
Jestem leszczykiem, po prostu rowerowym leszczykiem :-)