Zapowiedało się na deszczową niedzielę, ale okazało się, że silny wiatr przegonił te najgorsze chmury. Postanowiłem pomęczyć się z wiatrem 2 godzinki, czyli odpadała grupka Gunica-Eggesin. Puszczalska poniosła mnie przez Dobrą i Buk na Stolec, stamtąd nawrotka i na Tanowo. Trafiło się zobaczyć blisko 2 szosowców, no to łeb w dół i heja, dogoniłem i wyprzedziłem. Jeden z nich nie zniósł tej zniewagi i gdzieś za kilometr śmignął złożony na lemondce, nawet nie próbowałem go łapać. Złapałem za to za koło jego kolegę , który trochę odstał od lidera. Chciałem dawać zmiany, ale kolega raczej chciał mnie urwać, przez co w końcu sam się urwał, jak dałem mocną zmianę. Lider zwolnił , żeby poczekać na kolegę, minąłem go chwaląc jego mocną nogę. Dogonił mnie po raz kolejny przed mostkiem na Gunicy - ładne interwały sobie poćwiczył :-)
Boćki na bieda-gnieździe w Tanowie
Kolejny raz zjechaliśmy się w Pilchowie, wyprzedzili mnie na ścieżce, tam nie ma co szarpać, żeby koła nie zniszczyć. Satysfakcję przyniósł mi skuteczny atak na podjeździe na Głebokie, teraz ja doczekałam się pochwał :-) Kolega okazał się być triathlonistą, a wracali z Nowego Warpna.
Taki zatem był to fajny poranek z jazdą, na który wcale nie liczyłem. Dobry tydzień - 250km, tak ma być w kolejnych letnich miesiącach...
Usłyszany ludowy zespół niemiecki nie daje mi spokoju ....
Komentarze (8)
Dziękuję za dobre słowo, ale taka średnia na szosie to żaden wyczyn, zacznę być zrozumiały, jak to będzie 30, czyli nigdy :-) Janusz, życie sportowca jest pełne porażek, grunt to zawsze na nowo próbować :-) A jak myślisz, że jesteś dobry, to jedziesz po wertepach Bukowej i wracasz do rzeczywistości ;-)
Po latach przypomniałem sobie, jaka to frajda pojeździć na rowerze :-)
Nie ścigam się w wyścigach, nie jeżdżę w stadzie (więcej niż 3 osoby to stado), odmóżdżam się walcząc sam ze sobą.
Jestem leszczykiem, po prostu rowerowym leszczykiem :-)