Po kilku dniach przerwy z osłabiającym formę weselem, dziś po południu przejażdżka. Ale nie byle jaka - kolega sprzedaje kolarzówkę i użyczył mi ją do testu, żebym sprawdził, czy taka jazda by mi odpowiadała. Pierwsze ruchy dosyć niezdarne, ale w miarę szybko jakoś się dogadaliśmy. No to wio, koniku, w Aleję Smrodu. Na Głębokim wyprzedza mnie kolega na szosie, w Pilchowie odbijam ze ścieżki na ulicę i to ja go mijam - dochodzi mnie dopiero w Siedlicach. Wspinam się z powrotem na Leśno i znowu w dół, śmigam do Polic. Objeżdzam zwyczajową pętlę do Tanowa po ścieżce, jedzie się tak fajnie, że decyduję się na objazd przez Bartoszewo i Dobrą. Na Głębokim jeszcze prosto, na Miodową, tylko jedno muśnięcie piersi Miodowej księżniczki, jako obietnica naszej niedzielnej randki :-) Wracam przez Wojska, Halę AA i Litewską, gdzie chciałem pobić swój rekord, ale wybrałem za twarde biegi, noga nie dała rady ...
No nie powiem, jazda kolarzówką jest przyjemna, wrażenie lekkości, podjazdy też idą jakby lepiej. Jedynie moje lokalne bruki to udręka ;-) Mam o czym myśleć.
Komentarze (7)
szosa jest królową i tyle..też właśnie sobie coś zmontowałem na starość...
Kolarzówka sama nie jedzie. U mnie przy podobnym wysiłku to + 3 do 4 kilometrów do średniej w stosunku do trekkinga.Czy warto to już indywidualna sprawa, ale nie ma prawdziwego koksa bez szosy, więc ... :)
Po latach przypomniałem sobie, jaka to frajda pojeździć na rowerze :-)
Nie ścigam się w wyścigach, nie jeżdżę w stadzie (więcej niż 3 osoby to stado), odmóżdżam się walcząc sam ze sobą.
Jestem leszczykiem, po prostu rowerowym leszczykiem :-)