W sobotę dotarła do mnie osobista trenerka. Podesłana do mnie zapewne przez Ulę, daleka kuzynka naszego super kolarza, niejaka Majka. Obejrzała z politowaniem mojego rumaka i stwierdziła, ze OK, skoro już jest , to da mi szansę. Ze skupieniem szykowałem się do Gran Fondo 115km, trasa została pieczołowicie zaplanowana. Rano - deszcz ... Zapał opadł razem z jego kroplami, ale śniadanie makaronowe zostało wchłonięte, oby udało się wykorzystać dostawę węglowodorów ...Okno pogodowe otwarło się koło 12:00, usadowiłem Majkę na miejscu, coś tam brzęczała, ale wytłumaczyłem, ze dzięki mostkowi na łeb jej nie będzie padać i ruszyliśmy ...
Majka na stanowisku dowodzenia
Trenerka zaskoczyła mnie od samego początku - szarpnij się na "Ordynatora Hill" ! Jak to - bez rozgrzewki ? "Mięczaku - chcesz rozgrzewać się do podjazdu 2% ? To chowaj rower do garażu i nie zawracaj mi głowy "... Cóż było robić, pocisnąłem. Trenerka długo rechotała, po czym surowo stwierdziła - jak nie zrobisz trasy ze średnią 23 km/h, to podziękujemy sobie za współpracę. Gdzie tu jechać ? W mieście "Masa Cykliczna" - naturalnym odruchem jest jechać w przeciwpołożną ... No to pchamy przez Głębokie na Dobrą, tam chwila wahania - Police czy Blankensee ? Jednak ścieżka do granicy - koło Łęgów spotykam kolegę z pracy z małżonką, jadą do Loecknitz. Walimy falbanką na Bismarck, zarzucamy gadulca do skrętu na Ploewen gdzie się rozstajemy. W Bismarck mimo ponagleń trenerki zajeżdżam pod miejscowy kościółek. Są 2 ciekawe groby - jeden to coś w rodzaju "nieznanego żołnierza" ...
Grób nieznanego żołnierza w Bismarck
Jest też grób rodziców i syna, który oddał życie za fuhrera we Włoszech - takie małe elementy tworzą światową historię i ukazują beznadzieję losu jednostki wrzuconej w młyny czasu ... Pozostaje wierzyć, ze nie był to jedynak... Musiała to być szanowana rodzina gospodarzy/bauerów - obok jest żeliwny krzyż przodków ... Data wskazuje, ze na pewno nie zginął od polskiej kuli.
Grób przy kościele w Bismarck
Drogę powrotną wybieram przez płytówkę z Gellin do Neu Grambow, skręcam w lewo w bruk na Kościno, jeszcze tamtędy nie jechałem. W Kościnie oglądam dom weselny, w którym spodziewam się zaliczyć 2 knock-outy na weselu w lipcu :-) Opodal jest niewielka kapliczka.
Msza w niedzielę o 11:00 gdyby kto pytał...
Stamtąd asfaltowo na Dołuje i naturalną koleją na Stobno, aby uniknąć ruchu na głównej drodze. Potem przez Mierzyn w stronę Topolowej i dalej via Żyzna do Hali AA. Tradycyjna spinka na Litewskiej z tradycyjnie marnym wynikiem i w dobrej formie docieramy do domu. Trenerka sugeruje szmaciarski wynik, ja jej, ze przytrytkuję ją twarzą do mostka i rozstajemy się szorstko. Współpraca będzie kontynuowana, w końcu średnia w granicach przyzwoitości jak na mnie oczywiście. Ponoć trenerka lepsza jest w temacie podjazdów - zobaczymy...
Muzycznie korzystałem z pomocy 2 brodaczy i pana Brody bez brody. Marzyłem, żeby jechać za takimi łydami, ale w sumie lepiej uważać na swoje marzenia - co będzie jak się spełnią ;-) ? Czyż lata 80te nie były cudownie kiczowate ?
PS - Może zamiast głupawego lansu w Szczecinie Masa Kretyńska mogłaby zablokować w przyszłym roku dojazd do Dobrej ze wszystkich stron na parę godzin ? Deklaruję udział w takim przedsięwzięciu, mimo odruchu wymiotnego na widok entuzjastycznego tłumu ...
Mapka z trasy
Komentarze (11)
Majka - masz rację w wielu sprawach, np.Bismark :-) No i że bez pracy nie ma kołaczy. Na trytki nie narzekaj, luźno spięte. Jedziemy dalej na pełnej żabie :-)
Ha ha ha, no i skończyłam pod mostem, eeeee, pod mostkiem w plastikowych szeleczkach. Czy to za to, żem wiecznie zielona z zazdrości? Jak zrobię się bardziej czerwona ze złości to hojnie jadem poczęstuję. :D Tak sobie zrzędzę, bo wiem, że stać Cię na więcej. W przyszłym roku przewiduję 25 km/h bez żadnych spinek, górki swoje zrobią. "Młynek" na Żubrzej był zabójczo powalający. ;) Systematyczność i wytrwałość zawsze wiodą do celu. :) Jest dobrze ... prawie. :D
To "nasze" Bismar(c)k chyba bez c się pisze w przeciwieństwie do Żelaznego Kanclerza. Trza sprawdzić na mapie.
Aleś sobie wybrał "ostrą babę " do treningów...poza tym przyznaję się bez bicia, że też NIE uczestniczyłem w tym roku w Święcie Cyklicznym (jak to mówią rodzina ponad wszystko).
Grzesiek, oczywiście powinienem był mrugnąć po węglowodorach, lubie używać tego grepsu :-) Jak wstawię sobie jako terminator lub transformer kiedyś silnik, to będę przyjmował węglowodory bez ograniczeń ;-)
Miła wycieczka i ciekawy opis. Jako fizyk z wykształcenia nie mogę nie zauważyć, że gdybyś wchłonął węglowodory to jednak tak daleko byś nie zajechał. Na węglowodanach jest lepiej. :)
Strus, jak widać każdemu szczecinianinowi, który nie brał udziału tzw "świecie cyklicznym" mocno to wytknął. Wybrałeś miła dla nas z Kubą trasę, no ale z opisu wynika, że znalazłeś czas na utrwalanie historycznych szczegółów. Cmentarz w Bismark jest niezmiennie zadbany.
Po latach przypomniałem sobie, jaka to frajda pojeździć na rowerze :-)
Nie ścigam się w wyścigach, nie jeżdżę w stadzie (więcej niż 3 osoby to stado), odmóżdżam się walcząc sam ze sobą.
Jestem leszczykiem, po prostu rowerowym leszczykiem :-)