Po fatalnej pogodowo sobocie niedziela zapowiadała się zimna, acz słoneczna. Ula nie uznała mi Wielkiej Korony Północy bez Świętojańskiej. Popłakałem trochę w kąciku, ale postanowiłem powstać jak Feniks z popiołów grilla. Jako 19to wieczny dżentelmen podjąłem wyzwanie żabiej damy. Naładowałem się psychicznie, odrzuciłem pokusę łatwej sety i już o 08:30 wypadłem z domu rycząc - hej, północne pagóry, szykujcie się, nie macie dziś szans. Owe północne pagóry odpowiedziały - wal się, miękki fiucie, wielu takich widzieliśmy, jak w płaczu i sromocie wracali do domu mówiąc, to nie moja bajka... Dziś moim psychologicznym patentem było zmuszenie powrotu mocy z lat młodzieńczych i zapomnienie o peselu. Przygotowałem set muzyki z lat 80tych, czasu zdawania matury i początku studiów, kiedy była moc na machanie szablą, bieganie i w ogóle wszystko. Na początek poszło kochane w tamtym czasie Depeche Mode. Słońce, dobra muza, jechało się... Muzyka DM na sporo odniesień do sad-maso, czyli idealnie dla kolarstwa. Ból jest dobry... Zdaje się, że dołączę do grona wyznawców bólu podjazdowego ... Na początek Miodowa, księżniczka ma ukochana. Po drodze do Pilchowa spotykam znanych z wpisów znajomych kolarzystów Trendixa oraz Siwobrodego, którzy cięli na Głębokie, zwłaszcza tego drugiego nie sposób nie rozpoznać :-). Potem Leśno na oba sposoby, Przęsocin i czas na Inwalidzką. W słuchawkach "Nothing is impossible", również awans do 10ki na Stravie na tym segmencie :-)
Panorama z Inwalidzkiej
Oj , jechało się podejrzanie dobrze, bijemy kolejne życiówki w walce z Nad Odrą i Kościelną, potem wizyta na rodzinnej Polickiej, gdzie nie ma już domu dziadków, w którym kształtowała się moja pokręcona osobowość. Zacięte zęby , walę w dół do rzeki, czas na bruki Narciarskiej i Górskiej. Po drodze jeszcze zaliczenie ks.Dąbrówki i walka na brukach, ciężko, ale jakże satysfakcjonująco, pozwalam sobie na ryk radości po złamaniu Górskiej. Golęcinską docieram do Nehringa i przygotowuję się do walki z 3 ma Królami, czyli Strzałowską / Zielną / Świętojańską. Spotykam zauważonego poprzedniej niedzieli biegacza na Zielnej, ale gość ma kopyto i płuca, pozazdrościć.
Mój szczeciński top-widok z Zielnej
Wieża Bismarcka
Strzałowska w asyście ludzi wychodzących z kościoła, spokojna walka na Zielnej no i zaliczona Świętojańska, droga Ulu :-) Teraz decyduję się na walkę z innymi podjazdami - kolejno Robotnicza , potem Grzymińska. Stamtąd po podpowiedzi lokalsów świeżo uleczonych chmieloterapią jadę terenowo do Druckiego-Lubeckiego, tam wcześniej planowane zmagania na Stalmacha i Rugiańskiej. Spływam w dół do 1szego Maja, wśród uciążliwych blaszakopuszkarzy wspinam się na Wilczą, potem ścieżka na Przyjaciół Żołnierza i wspinaczka Duńską. Zjazd Miodową, bez spiny, pora na Wojska. Na podjeździe do hali AA dochodzi mnie szoszon na Kellysie , który mi się podobał,Kellys znaczy się , takim czarno-seledynowym. Nie odjechał mi mimo 7 dych w nogach, czyli na ch** mi szosówka ;-) Jeszcze zacięcie skaczę pod górę koło hali na Litewskiej - 1szy KOM na Stravie ;-) Pewnie krótko, ale cieszy :-)
Porządnie ujechany, ale szczęśliwy żegnam się z Wami do wtorku, czas na alkoregenerację :-) Za tęgi wyczyn wchłonąłem Połczyńskie Tęgie , za upór jasnego Kozela :-)
Komentarze (14)
A to ciekawe będzie, faktycznie. Aż tyle może nie wyjść, ale jakiegoś pomysła na wspomożenie wyniku mam :-) W lecie odwiedzę także Podjuchy, słabo znam tamte okolice, będzie okazja się rozejrzeć za Twoim śladem :-) Z kuszących mnie ciekawostek na jakiś dzień z ciężkim kacem to przejechanie wszystkich uliczek Pogodna - ileż to może być kilometrów ?
Ula, w kwietniu powrócę na trasę Korony i dokręcę parę ulic , np.Witosa/Warszawska , no i do kościoła na Inwalidzkiej można się zapewne dostać z drugiej strony. Zbadamy, dokręcimy, zameldujemy :-)
Janusz, wbrew pozorom nie było to aż tak mordercze, poza oczywiście Narciarską/Górską oraz Strzałowską. Wspinam się swoim tempem bez powodowania zawału serca, wiec da się. Jestem przekonany, że wiele z tych podjazdów masz na koncie :-)
Adam - uznanie ze strony zdobywcy Śnieżki cieszy :-)
Mirku - jakoś chodziło to za mną jak nie załatwiona sprawa, teraz mogę spokojnie pielgrzymować
Arek - dziękuję !
Tunia - u mnie spokój i monotonia, u Ciebie kolarskich atrakcji mnóstwo :-)
Jarro - dzięki, oczywiście wiemy, że suma podjazdów to nie jeden podjazd cięgiem, dzięki czemu można odpocząć na płaskich fragmentach. Na długich, zwłaszcza nieznanych wcześniej podjazdach można się psychicznie zagotować :-)
No cóż "jęzor mi obwis z wrażenia"...ależ się chłopie skatował, a trzeba było z Wojtkiem vel "Trendixem" i Krzyśkiem "Siwobrodym" i resztą grupy katnoć się do Trzebieży i w spokoju kiełbasy pojeść. Widzę że z Ulą tworzycie dobry duet (ona też lubi się katować w "Bukowej").
Po latach przypomniałem sobie, jaka to frajda pojeździć na rowerze :-)
Nie ścigam się w wyścigach, nie jeżdżę w stadzie (więcej niż 3 osoby to stado), odmóżdżam się walcząc sam ze sobą.
Jestem leszczykiem, po prostu rowerowym leszczykiem :-)