Po wczorajszej wspinaczce, która dała też trochę dystansu w poziomie, było wiadomo, że jadąc dziś do pracy osiągnę barierę 1000 km przejechanych w tym roku. Do wykopu potoczyłem się powolutku, unikając pokusy "Różanki Uphill", zresztą doszły mnie słuchy, że Cyborg_dymający_szosy_fullem_26" wkrótce zamknie temat na tym segmencie na dobre. Po pracy Arek kusi na zaliczenie garminowego segmentu na Taczaka, bo wiatr sprzyja. Ruszamy w promieniach chylącego się ku zachodowi słońca...
Tu miało być zdjęcie, ale mój chujofon nie współpracuje dzisiaj z Google, tym samym kończy on swoją fotograficzną karierę. Albo będą zdjęcia z aparatu "normalnego", albo wcale. Mój cyfrowy analfabetyzm już nawet mnie nie denerwuje, godzę się z tym, ze jestem analogowym rupieciem.
Tniemy do miasta, podjazd na Owocową, gdzie mogę podziwiać plecy Arka, potem przez Sowińskiego i Szwoleżerów pod cmentarz. Cieszymy się jazdą ścieżką wzdłuż parku wiecznego spoczynku. Powoli nadchodzi czas zmierzenia się z segmentem na Taczaka, uprzedzam Arka, ze zaczyna się od razu przy światłach. Skacze pierwszy , ja za nim. Po krótkiej chwili już go nie widzę w przyzwoitej odległości, a dosyć długo trzymałem 30kę na liczniku... Złośliwy Garmin nawet tego nie policzył, mam w dupie tą całą zabawę w segmenty, wyrzucam to z mózgu i wracam do "normalnego" jeżdżenia. Garmin potraktował mnie komediowo, a uświadomienie sobie nędzności swojego pedałowania na tle kolegów trąci dramatem. Dodatkowo to gdzieś tam pękł pierwszy tegoroczny tysiąc - zamiast huku fajerwerków miało to wydarzenie dla mnie gorzki efekt ludzkiego bengala, i to mało udanego, takiej cienkiej bździny...
Jedziemy razem przez Bezrzecze , nie muszę dodawać, ze segment na Nauczycielskiej też nie został mi zaliczony. Rozstajemy się na rondku za Redlicą, kieruję się przez płyty do drogi Dobra - Wołczkowo. Hartuję charakter jadąc centralnie pod wiatr, powoli mijam Wołczkowo / Głębokie, Wojska, Halę AA i docieram do domu. Jutro odpoczynek od roweru.
Koniec ze sportem, na to zdecydowanie za późno, nie te oczy. Niech żyje tempo turystyczno-fotograficzne :-)
Komentarze (8)
Ula - dzięki za czas poświęcony na komentarz tego nędznego wpisu. Wulkan wygasł szybko - mam na swój rower stały pomysł, o lata świetlne odległy od rozpędzania go do 40 km/h pod górkę. Bujanie to mój stajl, przychodzi mi z przyjemnością , także wybaczcie, ale jeszcze wasze komputery pomęczą się z moją niewydolnością. Dakotka daje radę jako mapnik, nawigator i licznik dobra wszelakiego, kij z segmentami. Do zobaczenia w sieci web i na szlaku, sssss...
No no, ale wulkan frustracji, mam nadzieję, że chwilowy. ;) Cudów nie ma, albo się "bujasz", albo trenujesz. Samo nic nie przyjdzie, trochę pracy trzeba włożyć. Trzeba rozbujać serce i porobić trochę interwałów, popracować nad kadencją, siłą, wytrzymałością. Kwestia priorytetów. Samo przyciśnięcie na niektórych segmentach to za mało. Miałam podobny dylemat kilka lat temu i stwierdziłam, że mi się nie chcę cisnąć z wywieszonym ozorem, wolę się bujać, leniwie lub jeszcze bardziej leniwie. ;) Segmentów niektórych uparcie nie widzisz przez Dakotę, mam tak samo. Z loggera Holuxa jest jeszcze gorzej i rzadko kiedy jakikolwiek segment się pokazuje. Trzeba mieć któregoś Edka albo aplikację na Androida Stravę lub RideWithGPS, z tych śladów najczęściej wszystkie segmenty, które powinny pojawiają się.
Piotruś, nie denerwuj się, zgoń to na przesilenie wiosenne, ale w Twoich ostatnich słowach "Niech żyje tempo turystyczno-fotograficzne" jest też dużo prawdy, po ostatnich choróbskach, które wysysają ze mnie całą energię dochodzę pomału do tego samego wniosku...cóż są "koksy" są też "podróżnicy".
To nie zwątpienie, to trzeźwe spojrzenie na rzeczywistość. Im szybciej wytępię w sobie początki koksiarstwa, tym lepiej dla mojego jeżdzenia. Z pisarstwem nie przesadzaj, wszyscy znajomi piszą ciekawie, dlatego tu jesteśmy - nie dla samych statystyk.
Piotrze, skąd te chwile zwątpienia? Powiem tak, jeździć możesz jak każdy z nas, kwestia poświęcenia czasu, którego ewidentnie Ci brakuje. Natomiast nikt z nas nie będzie NIGDY pisał tak jak Ty - tego się nie da "wytrenować". Jeśli zostaniesz pisarzem obiecuję, że kupię wszystko co wydasz :) PS. A teraz do BOJU!
Po latach przypomniałem sobie, jaka to frajda pojeździć na rowerze :-)
Nie ścigam się w wyścigach, nie jeżdżę w stadzie (więcej niż 3 osoby to stado), odmóżdżam się walcząc sam ze sobą.
Jestem leszczykiem, po prostu rowerowym leszczykiem :-)