Po Andrzejkowych szaleństwach martwą podniosłem powiekę koło 10:00. Lekkie śniadanie, ciężki ubiór na cebulkę i jedziemy, mimo wiatru, mimo mrozu - listopad rowerowo był wystarczająco cienki, żeby sobie tego nie odpuścić. Dodatkowo głowie przyda się przewietrzenie... Ruszam Wincentego Pola do parku, tam chwilkę podziwiam sowę, która cały czas siedzi na swoim konarze, normalnie konserwatystka, ma cały park, ale woli swój połamany konar... Koło Arkonki tłumy biegaczy, chyba jakieś zawody, biorę kąpielisko z prawej strony. Z uwagi na szumiące w żyłach eliksiry andrzejkowej nocy staram się unikać dróg publicznych - wspinam się na Polanę Harcerską , gdzie przy ognisku grupa wędrowców śpiewa sobie ogniskowe przeboje. Chcę lasem dojechać do Pilchowa, czyli odbijam w lewo z drogi na Gubałówkę i zaraz znowu w lewo. Pedałuję po zasypanej liśćmi drodze - mróz utwardził już piach i błoto. Muszę przeprawić się przez wąwóz - zjazd stromy i zaraz równie stromy podjazd... Biorę to "po lekku", na piechotę, na kacu nie ma co strugać mistrza MTB. Potem można było skręcić w lewo, ale droga wyglądała na mocno sfatygowaną wywożonymi pniami, droga na wprost wyprowadziła mnie do mostku Wilhelma Meyera, stamtąd szutrem przechodzącym w asfalt docieram do drogo Leśno - Pilchowo. Szybko uciekam z drogi publicznej na ścieżkę rowerową, wykorzystuję okazję do zwiedzenia Pilchowa i namierzenia klubu squashowego. Kontynuuję do Tanowa, pętelka i jazda z powrotem. Skręcam w leśnostradę nr 40, tam wyprzedzają mnie kolarze, wśród których jest dziewczyna w "barwach" Saxo. Ponieważ poandrzejkowa słabość wyłączyła mi gen wojownika nie staram się skleić im do koła, zresztą jazda "na przylepę" bez zaproszenia nie jest chyba mile widziana. Dzięki temu mogłem nacieszyć choć przez chwilę oko wdziękami dzielnej bikerki i jej kruczoczarnym warkoczem wymykającym się spod kasku. Bikerzy zabrali ze sobą atakującego ich kundelka, ja zawróciłem i cierpliwie kręcąc pod dokuczliwy przeciwny wiatr wróciłem do domu przez Pilchowo i Głębokie. Po analizie rodzinnych planów na grudzień można już śmiało stwierdzić, ze 5 tysięcy kilometrów pozostanie planem do wykonania na 2015. No i dobrze, przynajmniej teraz mam pojęcie o tym, co to jest 5k km i cierpliwie trzeba budować formę na przyszły rok, bo czuję, że brak regularnych wyjazdów na chwilę obecną cofnął mnie odnośnie formy sportowej do początku tego roku ...
Komentarze (4)
Dzięki za dobre słowo, słabo ostatnio jeżdżę, to niech chociaż dobrze się o tym czyta :-) Jasne, ze wszystkie bariery są umowne, nie jestem zawodowcem, który z żelazną konsekwencją musi realizować plany treningowe :-)
Przynajmniej Ty jeden szeroko i barwnie opisujesz swoje przygody rowerowe czyta się z przyjemnością . Chyba w cyklozie nie kilometry są najważniejsze, więc nie ma co się przejmować wcześniej planowanymi barierami - to tylko kwestia czasu, zdrowia i pogody. Podobają mi się możliwości Garmin Connect. Dziś sowy nie dostrzegłem.
Po latach przypomniałem sobie, jaka to frajda pojeździć na rowerze :-)
Nie ścigam się w wyścigach, nie jeżdżę w stadzie (więcej niż 3 osoby to stado), odmóżdżam się walcząc sam ze sobą.
Jestem leszczykiem, po prostu rowerowym leszczykiem :-)