Etap 27 - Scheldeprijs 2016
Wyruszamy z hotelu o 08:15, docieramy rowerami na miejsce zbiórki w Schoten, odbiór numerów, wlepki z mapką i innych kwitów.
Oraz obowiązkowe grupowe foto ....

FAST to dla zmylenia przeciwników, taka psychologiczna zagrywka ;-)
Cały czas coś się dzieje, ktoś przyjeżdża, ktoś wyjeżdża, impreza na kilka tysięcy osób.... Nie ma to nic wspólnego z wyścigiem, każda grupa ma tylko wyznaczoną godzinę startu i jedzie na trasę 95 lub 155 km, żeby popedałować w gronie przyjaciół.

Zbiórka przed wyruszeniem na trasę
Nieśmiało sugerowaliśmy 155km, ale szefostwo z uwagi na różny wiek i stopień wytrenowania uczestników wybrało 95km z dewiacją do domu koleżanki na dodatkowy popas przy ciastkach i belgijskich izotonikach.
Parę minut po 09:00 bomba poszła w górę. I od razu na liczniku wysokie dwudziestki - ale w tym roku to nie budziło już mojego przerażenia, koń szedł równym, dobrym tempem. Trasa fajnie oznakowana, kluczowe skrzyżowania obstawione przez policję i wolontariuszy zatrzymujących ruch. Od czasu do czasu wyprzedzamy inne grupy i singlistów. Gdzieś na 45km na czoło wychodzą Arek i Krzysiek, z tempa 27-29 km/h robi się 32 km/h i peleton po chwili pęka na 2 grupy, mi udało sie dospawać. Krzyczę, żeby polskie konie zwolniły, ale gdzie tam dopiero bufet na 51 km zatrzymuje ucieczkę :-)

Polskie koksy po bananach i gofrach planują kolejne ruchy ;-)
Bufet sponsorowany przez Liedla i Etixx, można się napchać pierwsza klasa. Po uzgodnieniu, ze jedziemy szybko, ale wspólnie z zezwoleniem sportowej walki od bruków na 8 km przed metą ruszamy dalej. Po kolejnych 30km odbijamy na umówiony piknik u koleżanki. Tam biedny Arek odkrywa, że gdzieś przy ostrym hamowaniu jego tylna opona się przetarła. Tam dla niego eskapada się kończy, wóz techniczny zawiezie go na metę .... My pokrzepiamy się cukrami i napojami , po czym ruszamy w dalszą drogę.

Dosyć piknikowania, pora na ściganie ;-)
Zostałem z tyłu, żeby porobić fotki grupy, ale za bardzo trzęsło na szutrze, a potem już było znowu konkretne tempo, za duże jak na wyczyny paparazzi z siodełka.

Grupetto w lesie....
Meta coraz bliżej, to i mnie włączył się sportowy instynkt. Przemieściłem się bliżej czoła i na bruk wpadłem na 5-6 pozycji. Szybko zostaliśmy w trójkę, Flamandowie dobrze szli, ale nagle jednemu wypadła pompka, moment zawahania i już prowadzenia nie oddałem :-)
Wyprzedzili mnie przy głównej drodze, teraz ja z kolei zawahałem się, czy czekać na grupę, czy nie i jeden odskoczył za daleko. Szybko ruszyłem w stronę mety - błąd, ze nie po ulicy, ale po kiepskiej ścieżce i to pełnej słabnących kolarzy, których trudno się wyprzedzało. Doszedłem w końcu drugiego z kolegów, końcówka w zawrotnym dla mnie tempie około 40 km/h kręconych z blatu, przez co jedyne, co mi się udało, to przytrzymanie koła, ale poprawić nie było już z czego - za mało Miodowej w tym roku ;-)
Na mecie był zatem powód do uśmiechu :-)

Jeździec i koń zadowoleni :-)
Spagetti, izotonik, rozmowy i powrót do hotelu. Wieczorne spotkanie i związane z nim atrakcje pozostają słodką tajemnicą uczestników.
Op de vriendschap !
Mapka z trasy głównego przejazdu, dystans zawiera także dojazd i powrót do hotelu.Muzycznie dedykacja dla Arka, nie wiem dlaczego nie chciał w samochodzie słuchać proponowanego hitu wyjazdu, szkoda, noga sama chodziła, a ręce same rwały się do tańca ;-)




