Słoneczną pogodę rowerową straciłem - w rocznicę śluby nie miałem odwagi sugerować oddalenia się na jednośladzie ;-) Dwudniowe świętowanie było wyczerpujące, zdecydowanie potrzebowałem dzisiaj poczuć wiatr we włosach pod pachami. Przyszykowałem Puszczalska i wyruszyliśmy na pętlę ca 50 km, żeby zdążyć przed spodziewanym południowym deszczem. Najpierw zaprezentowałem się na nowym rumaku teściowi , potem przez Topolową , Stobno i Dołuję kręciłem w stronę Lubieszyna. Zgodnie z prognozą było pod wiatr , nie walczyłem zbytnio z okolicznościami przyrody, przyzwyczajałem się do silnych podmuchów na skos na lekkim koniu. Przy granicy zmieniałem baterie w garniaku i obserwowałem oddalających się 3 polskich bikerów. Powoli budziła się chęć rywalizacji. Dostrzegłem ich przy wyjeździe z Bismarck. Dolny chwyt i pościgowa :-) Doszedłem ich jeszcze przed skrętem na Ploewen - i w tym momencie jedyny w kasku złapał nieszczęśliwie pobocze i konkretnie wywalił się przede mną. Udało mi się zahamować i szybko upewniliśmy się, czy z nieszczęśnikiem wszystko w porządku. Odstawiłem jego rower, sprawdziliśmy odruchy, ruszał palcami i nadgarstkiem - pogadaliśmy chwilę i ruszyłem dalej. Dotarłem do Loecknitz , gdzie spędziłem batonikową chwilkę w towarzystwie Żelaznego i Kota.
Hej, Żelazny, odczep się od Puszczalskiej :-)
Po wyczerpującym weekendzie rocznicowym zasłużyłem na skok w Boock. Tam po zawrotce na Blankensee poczułem wiatr w dupsko i zaczęła się jazda z przebłyskami 4ki z przodu. Przed samym Blankensee na górce odnotowano silną grupę kani - kto ze znajomych odwiedzi je pierwszy, ten lepszy :-)
Kanie - Niemcy się ich boją :-)
Potem już oglądam się na sinoczarne chmury i cisnę do domu przez Buk i Dobrą. Zwyczajowo najgorszy odcinek to Dobra - Głębokie, ale co zrobisz, nic nie zrobisz. Zmierzyłem się ze sprintem na Litewskiej, wyrównując wynik - obsesyjnie staram się tam poprawić. Walka trwa !
Ucieczka przed deszczem w akompaniamencie "Ucieczki z NY" Carpentera...
Mirek, jak widzisz, wrzesień mam przerąbany czasowo. Ale moje słowo nie dym - odezwę się do Ciebie i jeszcze jesiennego kebaba wrąbiemy w Ueckermuende, pojadę na Przecinaku i będę oglądał Twoje plecy :-)
Były wielkie plany trochę z Tobą pojeździć, ale teraz gdy dosiadasz "Puszczalską" moje szanse dotrzymać Ci koła uważam za bardzo marne (no chyba że jak Ty to mówisz moja "Małż" zgodzi się na kupno upragnionej kolarki).
Po latach przypomniałem sobie, jaka to frajda pojeździć na rowerze :-)
Nie ścigam się w wyścigach, nie jeżdżę w stadzie (więcej niż 3 osoby to stado), odmóżdżam się walcząc sam ze sobą.
Jestem leszczykiem, po prostu rowerowym leszczykiem :-)