Dzisiaj Ferdynand (zapewne za podpuszczeniem małżonki) zalecił powrót o 12:30. Pogoda znacznie gorsza niż wczoraj, przede wszystkim dokuczliwy wiatr. Dzisiaj celem było 2,5 km bruku na drodze Lubieszyn-Buk. Wiatr stawiał ścianę już od hali AA, przeciwstawiłem mu swoją motywację. A co może lepiej zmotywować niedzisiejszego chłopa, może nie macho, ale na pewno nie gender - dobra gitara i anielski głos. Czyli w słuchawkach Evanescence, już jest dobrze... Podmuchy wiatru potrafią zatrzymać na zjeździe do Redlicy, ale metr po metrze ciągniemy z mozołem na Lubieszkę. Od ronda w starą drogę i od 14 km od startu trafiamy na bruczek, całe 2,5 km. Z radością zauważamy, ze ciągniemy po nim całkiem nieźle :-) Aż jakoś tak głupio poczuliśmy się na asfalcie, niesmak pozostał... W Buku kierujemy się na nową ścieżkę - rewelacja, zaskoczeniem jest całkiem niezła hopka z powtórzeniem, na tym odcinku wspiera mnie Billy Idol, chciałbym Buk-Blankensee zrobić na jednym "Rebel yell", dzisiaj się nie udało. Potem kontynuacja nową ścieżką do starej dobrzańskiej. Od tego momentu rozpoczął się festiwal przejazdu rowerzystów. Jako, że mam zwyczaj pozdrawiania onych, praktycznie zamarłem w salucie i prowadziłem jedną ręką ;-) Na Sportowej rozglądam się za bocianami -są w gnieździe !
Pan domu w skupieniu poprawia gałązki, chyba ma małżonkę tak samo wymagającą jak ja.
W Dobrej cisnę na Sławoszewo, zero samochodowego ruchu, jazda niezwykle przyjemna. Za Bartoszewem jadę dalej prosto w leśnostradę Czarnego Warkocza, kontynnuję w teren za Leśnem Dolnym. Głądka opona nie ułatwia zadania, ale mimo jazdy w piachu na granicy uślizgu przebijam się do śmietniska. Zauważam zmianę aromatu, zamiast wymiotnej zgnilizny mam wrażenie pobytu w miłej dla byłego szermierza i siatkarza zakurzonej i zapoconej sali gimnastycznej. Kręcimy do Leśna Górnego, tamże zjeżdżamy sobie do zakrętu, a co. Przecież można się powspinać - za każdym razem stravowy "atak od śmieciary" jest poprawiany, co cieszy :-) Ścieżka rowerowa jest opanowana przez entuzjastyczne rodziny i gromady przyjaciół, trzeba uważać. Nigdy nie wiadomo, kiedy ktoś zechce się znienacka zatrzymać na środku ścieżki, kiedy dziecko zatoczy się w najmniej spodziewanym kierunku, czy bachorowozu (przyczepki) nie zarzuci na twój tor jazdy.... Inni moi faworyci to bracia syjamscy, zrośnięci penisami, jadący po ścieżce obok siebie, zdziwieni, ze obrzucasz ich kurwami babilońskimi po ucieczce na trawę... Ale co tam, to drobne dolegliwości. Powrót moich fanów nie zaskoczy - Głębokie / Wojska / hala AA i Litewska. Trening uważam za udany, nagrodziłem się medalem z chmielu.
Komentarze (10)
Kuttner to amerykański pisarz SF, raczej mniej popularny piszący w latach 40. Jego proza charakteryzował się właśnie fantastycznie sarkastycznym poczuciem humoru :)
Janusz, czasem też mam wątpliwości co do słuchania muzyki w czasie jazdy, ale na pustych ścieżkach chyba nie stwarzam zagrożenia. Puszczam na tyle cicho/głośno, żeby słyszeć odgłosy świata zewnetrznego....
Jarro - zawstydziłeś mnie, mam się za oczytanego, ale prozy Kuttnera nie znam.
Grzesiek - nie trzeba słonecznego dnia, wystarczy wtorkowy wieczór z biegaczami na tej trasie. Próbowałem, dziękuję.
Miło się czyta relacje z tras, które znam aż za dobrze a ciekawy jestem czy jazda w towarzystwie muzyki nie stanowi niebezpieczeństwa ? Z tym pozdrawianiem na trasie, to różnie bywa, część rowerzystów bądź to nie reaguje, bądź też jest wyraźnie zaskoczona. Chyba gest dłonią wystarczy.
Również mile byłem zaskoczony komfortem jazdy po bruku z Buku do Lubieszyna (to będzie dla mnie klasyk jazdy w tym kierunku). Jak zwykle uśmiałem się do łez trafnym określeniem co do niektórych niedzielnych baranów jadących obok siebie (a w takie słoneczne weekendy jest tego barachła coraz więcej).
Po latach przypomniałem sobie, jaka to frajda pojeździć na rowerze :-)
Nie ścigam się w wyścigach, nie jeżdżę w stadzie (więcej niż 3 osoby to stado), odmóżdżam się walcząc sam ze sobą.
Jestem leszczykiem, po prostu rowerowym leszczykiem :-)