Przy okazji kolejnego marszu na bieżni dokończenie filmu o koksującej kolarce. Makabra, takie uzależnienie od dopingu i brak wiary, ze bez niego można coś osiągnąć. Presja otoczenia, rodziny, strach przed okazaniem słabości .... Brrrr... Lepiej być leszczykiem :-)
Podjazd Mur de Huy musi być zabójczy, ale może kiedyś :-)
Ostatni kawałek w klimacie Niezłomnych - Maleo i Halinka Mlynkova "Plują na mnie w szkole, honor odebrali, lecz bandyty z ojca zrobić nigdy nie pozwolę" - ciary ....
Dzień zaczął się od telefonu ze szpitala - z powodu infekcji z operacji teściowej nici. Pięknie, 3 miesiące załatwiania i starań jak psu w dupę...
Na szczęście wqrw można rozchodzić na bieżni.
Puściłem sobie film o kanadyjskiej koksiarce Geneviève Jeanson, chociaż można popatrzeć na ładne dziewczyny na rowerach i legendarny podjazd w Ardenach, Mur de Huy ...
Jutro sobie dokończę.
Dziś jeszcze reminescencja z wczorajszego święta. Pięknie nam to zagrał Maleo... "Będą o mnie śpiewać pieśni, wolałabym żyć..." - ależ ta fraza szarpie....
To nie był dobry dzień. Najpierw odwożenie teściowej do szpitala na jutrzejszą operację, a potem niespodziewane kokodżambo w pracy. Z każdą chwilą rosła lista ludzi, którzy mogą mnie pocałować w d**ę. W końcu sytuację się jakoś ułożyła, ale powrót do domu późny, bo via szpital i dom przeziębionego teścia. Oj, będzie co robić przez najbliższe dni.... Kiedyś nalał bym sobie solidną szklaneczkę rudej na myszach i zawinął się w koc na kanapie. Ale nie teraz, nie w poście, w którym trzeba stawiać sobie poprzeczkę wyżej. No i szczególnie nie dziś, w dzień Żołnierzy Niezłomnych.
Godzina na bieżni.
Podsumowując luty - rowerowo nędza, choć lepiej niż w styczniu. Za to czas spędzony na bieżni zaowocował zbiciem 3,4 kg. Jeszcze 2 kg i będzie dobrze.
Odnośnie dzisiejszej rocznicy - czytałem kiedyś fajny artykuł, którego tezy wydają mi się słuszne. Mianowicie podział czasowy : lata 1944-1947 to czysta wojna domowa na dużą skalę, lata 1947-1948 to poamnestyjna perfidia i rozbijanie coraz mocniej zinfiltrowanych ubecką agenturą oddziałów, późniejsze lata do 1953 to już wybijanie zaszczutych niedobitków, którzy woleli śmierć, niż ułożenie z nową władzą. Ostatni okres posłużył stworzeniu legendy bandytów.
Na mnie największe wrażenie robi walka oddziałów wiernych rządowi w Londynie na terenach naszych dawnych Kresów. Bili się z absolutną świadomością beznadziejności tej walki, ale w imię zasad, wierni przysiędze. Inni ludzie, stracone pokolenie.
Po latach przypomniałem sobie, jaka to frajda pojeździć na rowerze :-)
Nie ścigam się w wyścigach, nie jeżdżę w stadzie (więcej niż 3 osoby to stado), odmóżdżam się walcząc sam ze sobą.
Jestem leszczykiem, po prostu rowerowym leszczykiem :-)